Athairri VI: “Czy to iluzja, czy rzeczywistość?”
Nie minęło wiele czasu, od opuszczenia wioski, a cień zaczynał zalegać w dolinie nieopodal, by zaraz przelać się na cały świat. Tak się więc stało, że wkrótce ogarnął i las. Grupka wędrowców próbowała stłumić niepokój szybkim marszem.
- Czyżbyśmy tak długo zamarudziliśmy w wiosce? – zapytał elf ze zdziwieniem.
- Gdybyś nie ubzdurał se, by tego – wskazał na drżącego ze strachu towarzysza – dołączyć do kompanii to bylibyśmy na kolejnej przystani!
- T-to nieprawda! T-to T-t-twoooja w-wina! T-to przez ciebie c-cały dzień sz-szukaliśmy jakiegoś g-głupiego k-kowala! Mówiliśmy ci, że t-twój młot j-jest w d-doskonałym s-stanie – z trudem wypluł niziołek.
- Nie szczekaj tyle, bo ten młotek zmieni cię w plamkę krwi! – zagroził wskazując na broń z groźną miną. Niski człowieczek aż odskoczył z przerażenia.
- Przestań! – krzyknął na krasnoluda. Pierwszy raz zobaczyli go zezłoszczonym. Jego wyraz twarzy był przejmujący, i trzeba by być niespełna rozumu, by mu się przeciwstawić, a przynajmniej nie uwierzyć w to, że mówi poważnie. Był czymś zaniepokojony. To coś było w tym lesie i on to wiedział. Ale co?
- To nie czas na głupie sprzeczki! Coś w tym miejscu jest nie tak, martwi mnie to. Te drzewa… W ogóle nie emanują życiem. To jest przerażające. Jak spacer na cmentarzu… Który winien być głównym placem – w tym momencie po plecach wszystkich przeszły ciarki. Dało się słyszeć jak “kurdupel” – jak go nazywał Ghardhrir, przełknął głośno ślinę. Kilka kolejnych garści piachu przesypało się w klepsydrze a atramentowa ciemność na dobre znalazła swe miejsce wśród konarów drzew. Księżyc się nie pojawił tej nocy, toteż Adairri zaklął swój płaszcz by błyszczał jasnym światłem. I błyszczał, lecz słabiej niż zwykle. Prawie niezauważalnie. Ułatwiało to jednak całą wędrówkę.
- Mi t-też się to nie p-podoba! Starsi z wioski mówili, że w bezksiężycową noc wychodzą ludzie, ale… Nie, to nie są ludzie, to są potwory!
- Chyba ci się pomyliło! Mówisz o wilkołakach, ale oni wychodzą w pełnię! – krzyknął krasnolud.
- Nie. Ma rację i mówi o czym innym – rzekł elf, nie patrząc nawet na rozmówców, jak to ma w zwyczaju. Zapadło milczenie, które wisiało ciężko na ich sercach. Nie wiedzieć czemu, przerażenie rosło wraz z każdym kolejnym krokiem. Krasnolud zaczął podśpiewywać pod nosem jakąś pieśń o odwadze jego ludu. W pewnym momencie Adairri zatrzymał się nagle i gestem ręki uciszył mężczyznę, nasłuchując.
- Co to ma być? Czemu niby mam Cię słuchać!? – oburzył się. Ten tylko odparł sykiem i machnął ręką okazując stanowczość. Tamten zamilkł i też zaczął nasłuchiwać. Dopiero jak wytężył zmysł, to mógł usłyszeć cichutki szmer, w dodatku zdający się nadbiegać z oddali. Dźwięk zbliżał się i narastał z każdą sekundą, aż w końcu stał się tak głośny, że aż nieznośny dla uszu wędrowców, które musieli zatkać, by choć odrobinę zmniejszyć ból, którego doświadczali. Zaraz dźwięk nagle ustał.
- Chyba już wiem co jest grane. Zwróćcie oczy ku koronom drzew! – wszyscy posłusznie zaczęli przeczesywać wzrokiem drzewa. Krasnolud podszedł do jednego z drzew drapiąc się po głowie, jakby myślał nad czymś. Chyba coś dostrzegł, jednak nie chciał tego po sobie okazać. Nagle wyciągnął młot i z użyciem całych sił wymierzył miażdżący cios w drzewo, które pękło od uderzenia. Z szczytu spadł mężczyzna w zielonych szatach. Nie muszę chyba mówić, że u dwóch towarzyszy Ghardhrira namalowało się zdziwienie?
- Nie dostaniecie mnie! – zerwał się obcy odskakując w zarośla. Gdy Adairri sprawdził krzak, nic już tam nie było, ale zewsząd nadchodziły hordy wilków. Walka się zaczęła, jednak zdziwieniu nie było końca, gdy okazało się, że stworzenia zamiast padać trupem po trafieniu – znikały. Niziołek z użyciem dwóch sztyletów, wyciągniętych z za pasa, nieźle sobie radził. Kolejne cięcia powodowały, że wrogowie znikali. Krasnolud potężnymi zamachnięciami bez problemy miażdżył łby.
- To tylko iluzja, lecz może być szkodliwa! – krzyczał wysyłając kolejne magiczne pociski w stronę bestii, dziesiątkując je. Jednak napór był duży. Za duży. Jednemu z wilków udało się zaatakować go od tyłu. Wgryzł się w jego prawe ramię, a jego ciężar powalił mężczyznę. Adairri z hukiem uderzył o ziemię. Za kilka chwil reszta wilków dobiegnie do niego kończąc dzieło.
- Nie, cholera! – krzyknął krasnolud, widząc, że jego kompan jest w kiepskiej sytuacji. Nie mógł jednak się ruszyć, gdyż próba podbiegnięcia do niego i dla Ghadhrira źle by się skończyła. Niziołek skoczył w cień i zniknął nagle, pojawiając się przy leżącym na ziemi Adairri, który szarpał się ze zwierzęciem, próbując się uwolnić, jednak na próżno. Niski człowieczek osłonił go na dość długo, by ten mógł wykonać kilka gestów wolną ręką i wypowiedzieć kilka słów. Deszcz oślepiająco jasnych kolorów spadł na łeb stworzenia, które zapiszczały, zamknęło oczy i puściło. Kopniak wymierzony weń posłał je na jedno z drzew i sprawił, że znikło. Elf zdał sobie sprawę z tego, że taka walka jest bezsensowna. Nie wiedzą ile jeszcze iluzji może stworzyć mag.
- Wdarliście się na mój teren, to teraz zapłacicie! – usłyszeli głos, jakby z pustki
- Tutaj! – przywołał kompanów biegnąc w, zdawałoby się, losowym kierunku. Wzbił się w powietrze i uderzył butem w jedno z drzew. Okazało się, że trafił w twarz człowieka, co zdziwiło jego przyjaciół. Ten szybko wstał i zaczął wykonywać jakieś gesty. Adairri spostrzegł się i również rozpoczął rzucanie zaklęcia. Z tym, że ten skończył ułamek sekundy wcześniej, a jego oponent zniknął.
- Co się stało? – zapytał Ghardhrir. Elf z ponurą minął przeniósł na niego wzrok.
- Chciał przeteleportować się gdzieś indziej i znów stamtąd kontrolować iluzje – mężczyźni spostrzegli się, że niebo rozjaśnia się, a las znów wygląda przyjaźnie – Rzuciłem zaklęcie uniemożliwiające mu to, ale… Krótko mówiąc, zakłóciłem działanie jego magii i bogowie wiedzą gdzie się teraz znalazł… Najprawdopodobniej w jakiejś czarnej otchłani… – wszyscy zamilkli słysząc smutne słowa. Może i chciał ich zabić, ale na taki los nikt nie zasługuje. Milczenie przerwała olbrzymia kropla krwi, ściekając z porwanych szat Adairriego i spadając na gołą ziemię, niewielki kawałek, gdzie zieleni nie było.
Athairri V
Drugi – dzieckiem ziemi będzie.
Twardy niczym skała,
I wytrwały jak ona.
A o jego nadejściu – pierwszy wiedzieć będzie.
Trzeci – z cienia się wyłoni.
Jego duch i jego ciało
A jego zwiastunem będzie ten, co go zrodził.
Zaprzeczą wszelkiej logice.
Czwarty – będzie nasieniem zła
Ze złych przodków narodzony
Z resztkami honoru.
A on w siedlisku zła cierpieć będzie z rąk własnych.
Piąty – będzie najdziwniejszy.
Narodzony w zepsuciu,
A trwający w wierze.
A on odrzuconym będzie, który znalazł akceptację w wąskim gronie,
tam, gdzie morze sięga słońca.
Będzie jeszcze jeden, który dołączy
Nie z powodu przeznaczenia,
Ale własnej woli nieprzymuszonej.
* * *
Nadszedł piękny ranek. W otwartym oknie usiadł ptak. Kruk, czarny jak smoła wyposażony w nadzwyczajne, czerwone ślepia. Zaczął wrzeszczeć ze wszystkich sił budząc obu wędrowców.
- Przebrzydłe ptaszysko! – rzucił się w jego stronę krasnolud.
- Nie! – krzyknął Adairri. Jednak było już za późno, bo ptak opuścił ich.
- Mógł się nam przydać… – rzekł cicho – Wydawało mi się, że zamykaliśmy okno… I drzwi…
Gdy elf skończył mówić, jego towarzysz spojrzał ze zdziwieniem w stronę otwartych na oścież drzwi. Ten pierwszy zaczął sprawdzać coś przy pasie. Niestety miał rację.
- Bezdenna sakwa… – mruknął.
- Co takiego?
- Ukradł ją.
- Chcesz powiedzieć, że to była ta bezdenna sakiewka!? Ta, w której złoto się nie kończy!?
- Chodź! – rzekł, po czym z niesamowitą prędkością i gracją wybiegł z pomieszczenia. Zaczął rozglądać się uważnie. Wiedział o tym, że złodziej musiał uciec niedawno. Zapewne wszedł oknem, a wydostał się przez drzwi.
- Czeekaj! – zawołał za nim mężczyzna. Po chwili przyszedł w pełnej płytowej zbroi. Elf zaczął wymawiać jakieś dziwne słowa i wykonywać gesty. Natarł czymś powieki. Zszedł po schodach i wydostał się przez gęsty tłum na zewnątrz. Rozejrzał się uważnie i podszedł do cienia, rzucanego przez jedną z budowli w szczelinie między nimi. Sięgnął ręką, i o dziwo, wyciągnął coś. Krasnolud nie mógł się nadziwić. To coś musiało nieźle wierzgać, bo nie mógł tego utrzymać wyciągnął drugą ręką, w kierunku tego i coś widocznie zdjął. Nagle okazało się, że w lewym trzyma amulet, a w prawym… Niziołka ubranego na czarno w płaszczu.
- Puszczaj mnie! Puszczaj! – wrzeszczał, wyrywając się, przykuwając tym samym uwagę przechodniów. Elf pogroził mu palcem i zaśmiał się. Wyrwał mu z dłoni sakwę, która należała uprzednio do niego i odstawił na ziemię.
- Masz dług do spłacenia – uśmiechnął się.
- Jaki dług!? Nic nie mam do s-spłacania! T-ty!
- Albo dołączysz do nas… Albo będę musiał cię uciszyć – rzekł łagodnie. Niziołek jęknął tylko coś w przestrachu i zamilkł patrząc na elfa.
- Doskonale. Ja mam na imię Adairri, a ten tutaj – wskazał na kompana – to Ghardhrir. Niziołek skrzyżował ręce na piersi i odwrócił wzrok.
- Tibby…
- Miło mi cię poznać. Czeka nas długa podróż, więc lepiej chodźmy coś zjeść, po czym poszedł do karczmy. Krasnolud spojrzał na nowo poznanego nieufnie, po czym gestem głowy nakazał mu wejść do środka. Ręką pokazał mu młot, który nosił przy pasie. Gdy weszli, zobaczyli, że siedział już przy stoliku. Dołączyli szybko do niego, a po chwili zjawił się karczmarz.
- Co podać? – uśmiechnął się wielki i muskularny mężczyzna.
- Kurczaka w miodzie… I wino do tego poproszę – odparł elf, po czym spojrzał na Ghardhrira.
- Pieczonej wołowiny i najlepszego piwa! – ten zawołał radośnie, po czym wzrok Feirta padł na niewielką osóbkę siedzącą z nimi przy stoliku. Ten spojrzał na nich niepewnie po czym rzekł.
- Ś-ś-świnię p-pieczoną. I-i-i do tego w-w-wódki – rzekł niepewnie. Krasnolud roześmiał się szczerze, gdy tak mały człowieczek poprosił o ten trunek. Ten spojrzał na niego krzywo.
- Ale dużo pan polej! – tamten roześmiał się dziko. Elf rzucił garść złota na stolik. Karczmarz zebrał je i oddalił się.
- Masz! – rzucił niziołkowi jego amulet – Ale nie próbuj uciekać, znajdę cię.
Athairri IV
- Tak… Miał w sobie coś… Coś dziwnego… Niespotykanego. Łamało to wszelką niechęć do tego elfa. Przedziwna, optymistyczna aura biła od niego. Jak go nie lubić? – zaśmiał się karczmarz, gładząc się po brodzie.
- Wina? Na mój koszt! – rzekł, sięgając po butelkę. Widocznie był w bardzo dobrym humorze, możliwe, że z powodu wspomnień. Nie zwykł dawać niczego za darmo.
- Nie, dziękuję. Chcę zachować trzeźwość umysłu. Opowiadaj pan o nim, bardzo mnie pan zaintrygował – odpowiedział nieznajomy. Nie miał już tak chłodnej miny jak poprzednio. Teraz na jej miejscu widniała ciekawość. Z niecierpliwością wyczekiwał, aż kontynuuje swoją opowieść.
- Tak, dobrze. Na czym to ja skończyłem… – zastanowił się.
- Na osadzie! Widzieliście osadę! – wtrącił szybko obcy podróżnik. Widocznie chciał szybko poznać następujące wydarzenia.
- No tak! A więc…
* * *
Miejsce to, z jednej strony było otoczone lasem, a od drugiej osłonięte sporym wzniesieniem. Nic dziwnego, że tutejsi byli odcięci od świata. Gdy towarzysze zagłębili się wśród zabudowań, mnóstwa wścibskich twarzy obserwowały ich z kiepsko umyślonych ukryć.
- Nieswojo się czuję… – mruknął cicho Ghardhrir.
- Zignoruj ich. To prości wieśniacy. Rzadko widują awanturników. Musisz jednak wiedzieć, że przyjdzie nam spotkać się nie tylko z sympatycznymi ludźmi, którzy zechcą nam za wszelką cenę pomóc… Z pewnością komuś nasza obecność się nie spodoba. Ale my będziemy musieli rozwiązać problem w pokojowy sposób.
- Nie mów do mnie jak do dziecka! Przecież nie jestem głupi!
- Nie obrażaj się – zaśmiał się elf – Chyba powinniśmy się tu zatrzymać…
- Wyjątkowo się z tobą zgodzę.
Po dłuższym zwiedzaniu okolicy, udało im się znaleźć karczmę
* * *
- O, właśnie tak! Stanęliśmy dokładnie tutaj, o! – wskazał palcem na wejście – Swoją drogą…
Teraz to miejsce bardzo przypomina moment, w którym tu trafiliśmy. Nawet bard gra teraz
bardzo podobnie! Słyszy pan? Dziwny zbieg okoliczności…
* * *
Goście wypełniali to miejsce po brzegi. Czuć było przeróżne zapachy, jednak miały one wszystkie cechę wspólną. Były niezwykle przyjemne dla nosa. Za ladą stał jakiś barczysty mężczyzna. Sypnął garścią piachu, po czym przetarł to szmatką.
- W czym mogę pomóc? – uśmiechnął się do obu tak sympatycznie, jakim niemożliwe było się spodziewać po jego posturze.
- Zjesz coś? – rzucił Adairri do towarzysza podróży.
- Straciłem apetyt – odparł krótko.
- Ja również. Pokoju, szlachetny panie – zwrócił się do karczmarza, po czym rzucił mu kilka sztuk złota. Oczy krasnoluda otworzyły się szeroko z niedowierzaniem.
- Skoro masz tyle pieniędzy, to dlaczego nie wynająłeś koni!?
- A widzisz tu jakiś przybytek, gdzie byśmy mogli tego dokonać? Żaden nie przebyłby drogi do waszej krasnoludzkiej fortecy. Weźmiemy wierzchy w Grimwood. Są o wiele wytrwalsze niż jakiekolwiek inne. A to dla nas cenne.
- Fakt… – odparł gorzko – A swoją drogą dlaczego akurat “Grimwood”? Przecież to miejsce należy do nich, nie do ludzi, więc czemu nie nosi ich nazwy?
- A czy chciałbyś mówić na stolicę elfów, zwaną przez was “Larlens”, per “Un’gathakai uno’ss Leinnass Arathkun?” – ostatnią nazwę wypowiedział tak szybko i zręcznie, że krasnolud oniemiał.
- Ej! Klucz! Trzeci pokój po prawej, na górze, tymi schodami. Pełny luksus. Macie osobne łóżka – zaśmiał się mężczyzna, po czym, odpowiadając na czyjeś zawołanie, zaczął nieść pieczonego wieprza do jednego ze stolików. Dwójka udała się do swego pokoju.
- Trzymaj młot przy łóżku – rzucił, układając się do medytacji.
- A to niby czemu? Mielibyśmy się kogoś bać, czy co? Ktoś na nas czyha?
- Nie… Tylko tak… Na wszelki wypadek…
- A wsadź se wszelki wypadek – burknął krasnolud, zwijając się w kulkę. Zapadła cisza. Światło księżyca oświetlało leniwie pokój. Po dłuższej chwili dało się słyszeć wycie wilka. Długie i donośne. Była pełnia. Nagle do uszu elfa doszedł dziwny dźwięk. Nie mógł się powstrzymać. Prychnął najpierw, na siłę powstrzymując się, jednak nie dawał rady zdzierżyć tego wysiłku. Zaczął śmiać się bardzo głośno.
- Zamknij się! Każdy czasem puszcza gazy – po pewnym czasie, tak drażliwy dla Ghardhrira śmiech, ustał, i pozwolił ciszy przejąć władzę. Obaj zasnęli.
Athairri III
Podróżowali bardzo długo. Zmęczenie zaczęło doskwierać im obu, jednak żaden nie dał po sobie poznać. Wyraz obu twarzy nie zmieniał się od godzin. Elf uśmiechał się szeroko, a krasnolud miał wściekłą minę. Chyba chciał mu coś powiedzieć, jednak widocznie krasnoludzka duma nie pozwalała mu się odezwać. Gdy nadchodził już zmierzch, przełamał się jednak i zdecydował odezwać, bo to przecież głupie i dziecinne. Cóż, tak się przed sobą tłumaczył.
- Gdzie idziemy? – zapytał wyjątkowo nieprzyjemnie, pokazując w głosie, że wciąż jest na niego obrażony.
- Do Grimwood.
- Popierdoliło cię, pedalska, męska kurwo!?
- Zadanie z góry – odparł wciąż na niego nawet nie spoglądając. Wzruszył tylko ramionami.
- Chcesz powiedzieć, że mamy iść do LASU DROWÓW!?
- Nie tylko do lasu. Podziemia również zwiedzimy – uśmiechnął się odważnie, myśląc o zagrożeniu jakie ich czeka.
- Ty jesteś całkowicie popieprzony, psie! Bardziej niż cała twoja rasa! Idź pieprzyć jakiegoś konia! – oburzył się Ghardhrir po raz kolejny i odwrócił wzrok. Elf nic mu nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko jeszcze szerzej, ale pobłażliwie. Zaczął nucić jakąś piękną elficką melodię. Jego towarzysz już chciał się na niego wydrzeć, by się zamknął, ale po chwili zmienił zdanie. Muzyka spodobała mu się, choć on nigdy by się nie przyznał. Adairri z gracją poruszał się wśród leśnej gęstwiny. Jego ruchy przypominały taniec. Drugi mężczyzna natomiast, pakował się w jak najgęstsze zarośla.
- Nie żyjemy… – mruknął pod nosem krasnolud. Elf uśmiechnął się tylko do niego, starając się pocieszyć go. Nie powiedział mu jednak, jaki ma powód, by sądzić inaczej. Bo było to po nim widać, że się z nim nie zgadza.
- Chodźmy – rzucił krótko, po czym nagle przyspieszył.
- Ej, czekaj! – rzucił Ghardhrir za jego plecami. Godziny mijały im w milczeniu. Las zaczynał się powoli przerzedzać, a wiatr począł smagać ich twarze delikatnie. Pachniał on letnimi łąkami. Było przyjemnie chłodno, jak pod wieczór gorącego dnia. Ciemność powoli ogarniała okolice. W końcu mężczyźni wyszli na rozległe łąki. Elf znów zaczął coś nucić, jednak tym razem coś wiele spokojniejszego i jeszcze przyjemniejszego dla ucha. Melodia zaczęła się zmieniać. Zdawała się znajoma krasnoludowi. Tak, z pewnością nucił jedną z popularnych ludzkich piosenek. Znana była wśród niemal wszystkich ras, tak pięknie brzmiała. Niemal każdego matka usypiała tą samą kołysanką. Adairri zaczął śpiewać coraz to głośniej. W końcu jego towarzysz pozwolił sobie pomrukiwać pod nosem, jakby sądząc, że go nie usłyszy. Feirt spostrzegł się, toteż zaśpiewał jeszcze głośniej, zachęcając również kompana. Krasnolud mruczał już głośniej. Człowiek lasu pozwolił sobie wprowadzić słowa.
Więc chodź przyjacielu,
Podaj mi dłoń.
Ruszajmy na spotkanie,
Wielu przygód ton.
Weź swą odwagę,
Ja mądrość wezmę swą.
Stawimy czoła wyzwaniom,
Siłą naszą wspólną.
Przełamał się. Zaczęli razem śpiewać, mimo bariery kulturowej, mimo jednostronnej niechęci, mimo nieciekawego początku znajomości… Mimo tego wszystkiego. A tym bardziej, mimo tego, że wyglądali komicznie i brzmieli – również śmiesznie. Gdy skończyli, roześmiali się bardzo głośno. Jeden – dźwięcznym i przyjemnym śmiechem, drugi natomiast – niskim, tubalnym i ochrypłym. Ich radość trwała długo. W pewnym momencie krasnolud opamiętał się jednak i odchrząknął głośno, wykrzywiając wyraz twarzy na siłę. Elf zaś, w tym samym momencie, również się uspokoił, ale w przeciwieństwie do Ghardhrira, uśmiechał się szeroko. W dali widzieli już kształty jakiejś niewielkiej osady. Mrok już całkowicie opanował świat, tryumfując nad światłem. Dlatego też, pochodnie zapalone w rzeczonych zabudowaniach, sprawiały, że podróżnicy mogli je teraz łatwiej dostrzec. Bez zbędnych słów ruszyli właśnie w tamtym kierunku.
Athairri II: “Spotkanie”
Szczęk metalu odbijał się echem w rozległych krasnoludzkich jaskiniach. Jeden z wojowników uzbrojony był w masywny dwuręczny młot. Drugi zaś posiadał topór ręczny i tarczę równie wielką, co broń przeciwnika. Pierwszy zadawał potężne ciosy raz po raz, z niesamowitą szybkością, co wydawało się niemożliwe, przy użyciu takiej broni. Tłum gapiów przyglądał się pojedynkowi ze zdumieniem. Coponiektórym otwierały się usta, innym w dodatku ciekła z nich ślina. Reszcie upadały oręża i naczynia z prześwietnymi trunkami. Pot ściekał z czoła walecznego wojaka. Jego uderzenia zmuszały oponenta do bezradnego krycia się za tarczą. Mężczyzna wydawał z siebie okrzyk, przy każdym uderzeniu. W końcu nastąpił tak głośny wrzask, że możnaby sądzić, że był słyszalny w całym podziemiu. Tarcza rozpadła się w drzazgi, a jej posiadacz upadł na ziemię z szeroko otwartymi oczyma i ustami.
- Wisisz mi piwo – odpowiedział ten potężniejszy z uśmiechem na twarzy. Wyciągnął w jego stronę rękę, pomagając mu wstać. Za chwilę przybiegł jakiś wyjątkowo młody dzieciak.
- Ghardhrir! Ghaaardhriiiir! – darł się w niebogłosy.
- Hej, uspokój się, do cholery! – odpowiedział mu mężczyzna na zawołania. Ten drugi oparł ręce na kolanach i dyszał chwilę. W końcu wyprostował się i, o wiele spokojniejszy już, odpowiedział:
- Gavin chce Cię widzieć u siebie! Mówili, że to bardzo ważne!
- No nieee, nie może być! A kiedy wypiję moje piwo!? To nie do pomyślenia! – oburzył się krasnolud, po czym powolnym krokiem ruszył w stronę pomieszczenia, w którym pracował porucznik. Mężczyzna nieśmiało otworzył drzwi. Zobaczył w środku jakiegoś wyjątkowo wysokiego elfa, uśmiechającego się przyjaźnie i Gavina z równie podejrzanym uśmiechem. On przecież nigdy się nie cieszył! A przynajmniej tego nie okazywał.
- O co chodzi? – rzekł cicho, jakby obrażony na przełożonego.
- Ten oto elf – wskazał tutaj na mężczyznę – szukał ciebie, przyjacielu. Przysłali peda… Znaczy tego dostojnego jegomościa ze stolicy elfów! Musisz z nim iść. W zamian dostajemy dwadzieścia wozów pełnych elfickiego wina i trochę magicznego oręża!
- A-ale czemu miałbym z nim iść!? Ja nie chcę! Chcesz zbrukać mój honor, każąc mi iść z NIM!? – krzyknął obrażony Ghardhrir.
- Nie ma co się oburzać! Idziesz z nim, albo już nigdy nie dostaniesz ani kropli piwa, kurduplasty bękarcie! – odpowiedział mu mężczyzna, widać już mając dość wybryków swojego podwładnego. Ten burknął jedynie coś pod nosem.
- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia – uśmiechnął się, po czym przywołał strażnika i kazał mu wyprowadzić ich na powierzchnię. Gdy już byli na zewnątrz, a ten opuścił ich, krasnolud wrzasnął.
- NIE ODPUSZCZĘ CI TEGO! Przez ciebie straciłem piwo, synu kurwy! – ten z kolei nic mu nie odpowiedział, wciąż jednak się uśmiechał. Po chwili milczenia rzekł do towarzysza:
- Adairri Feirt – wyciągnął rękę w jego kierunku. Ghardhrir zdziwił się wielce. Spojrzał na jego dłoń z niedowierzaniem.
- Ghardhrir Bucklord – swojej jednak mu nie podał.
- Miło mi poznać – jego uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, obejmując tym razem również oczy.
Athairri I: Wstęp
Zapadł późny wieczór, być może nadeszła już noc. Jednak nikt nie liczył czasu, bowiem najważniejszym było odnaleźć bezpieczne schronienie. Szum gęsto padających kropel wody i nadchodzące grzmoty, mające poczatek gdzieś niedaleko, tworzyły piękną symfonię. Tylko głupiec nie doceniłby tej manifestacji sił natury. Uderzenia piorunów zdawały się następować coraz bliżej i bliżej, siejąc w ludzkim sercu strach, jakby zaraz jeden z nich miał uderzyć prosto w nieszczęśnika. Kolejny ogłuszający huk mógł sprawić, że każdy padłby na ziemię z przerażenia. Jednak ulice były puste… Ale zaraz, jakaś postać wyłoniła się z wszechogarniającej mgły… Koń szedł spokojnie niosąc na grzbiecie jakiegoś wędrowca w długim, brązowym płaszczu. Jak to możliwe, że zwierze nie uciekło jeszcze z przerażenia?
Stukot kopyt dotarł pod drzwi gospody. Jeździec zeskoczył nie wydając najmniejszego dźwięku. Powoli otworzył drzwi i wszedł do środka. Ciepło buchnęło mu w twarz. Dźwięki instrumentu grającego tutaj barda sprawiały, że człowiek zapomninał o burzy szalejącej na zewnątrz. Ludzki mężczyzna podszedł do kontuaru i zdjął kaptur. Był krótko ściętym brunetem z zaczątkami siwizny na czuprynie. Na jego lewym policzku widniała blizna, a twarz skrzywiona była w paskudnym grymasie, który przeraziłby najgorsze i najbardziej bezwzględne stworzenia.
- Szukam elfa – odezwał się nieprzyjemnym głosem do krasnoludzkiego karczmarza – Dość wysoki. Łazi wszędzie w bogato zdobionych, krwisto czerwonych szatach. I ma taki amulet – człowiek pokazał mu rysunek. Krasnolud zamyślił się na chwilę i zaczął głaskać się po brodzie.
- Gdzieś już taki amulet widziałem! A miał go jedyny poczciwy elf, którego znam. Zwali go Reevenem. Nazwiska sobie nie przypomnę, choćbyś mi topór pod szyję podstawiał! Napij się panie wina, a ja opowiem Ci o nim – powiedział, po czym nalał mu rzeczonego napoju. Mężczyzna usiadł w milczeniu i zaczął słuchać cierpliwie. Jednakże wyraz twarzy, jaki nosił dotąd, nie zmienił się ani odrobinkę.
- Pozwól, że zacznę…
Parę słów na wstępie…
Dopiero co założyłem ten blog… Będę starał się tu w miarę regularnie zamiesczać kolejne fragmenty mojego nowo powstającego ‘dzieła’, że tak ironicznie powiem. Muszę od razu ostrzec, że nie doświadczycie tu jakichś wspaniałych doznań… Więc, jeśli nie macie sporych zasobów cierpliwości i tolerancji, to radzę od razu skorzystać z przycisku “x” w prawym górnym rogu ekranu. Ewentualnie z tego, przy nazwie zakładki. Zaraz dodam wstęp do tego mojego… Opowiadania, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Napisane bez wcześniejszego planowania… Ale wrzucam po poprawkach sporej ilości potknięć. Z miejsca chcę podziękować tym, którzy pomogli mi wyeliminowaniu owych…
-
Archiwa
- styczeń 2009 (1)
- luty 2008 (1)
- grudzień 2007 (1)
- listopad 2007 (1)
- październik 2007 (7)
- marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS