Krótki tekst w klimacie Wh40k
Atak sił eldarów był nagły i niespodziewany, jak zwykle. Te istoty od zawsze wydawały się podążać za kaprysami, niźli drogą logiki. Minął miesiąc odkąd lud imperium odkrył siły chaosu na planecie Konthoru, skrywające się w katakumbach i tam dopełniające swoich plugawych rytuałów. Krwawe Kruki, zakon Kosmicznych Marines, kierowanych, tak jak całe imperium, przez Imperatora – człowieka wyniesionego przez poddanych do statusu boga i obdarzonego przez ich technologię nieśmiertelnością, zdążyły już zmienić niemal wszystkie miasta na planecie w ruinę, w podążaniu za źródłem infekcji. Nikt nie ośmielił się twierdzić, że nieczystość zacznie rozprzestrzeniać się od strony miejsca spoczynku zmarłych. Zaślepieni swoją wiarą i ogłupieni, przekonaniem o świętości tego miejsca stwierdzili, że sama aura odepchnie wszelkie obce i zanieczyszczone umysły. Jednakże, jak obiektywny obserwator mógłby stwierdzić, właśnie tam znalazło się ognisko choroby, jak zwą to zjawisko sami ludzie poddani imperatorowi. Bo jak inaczej fanatycy mogliby nazwać coś, co popycha ludzi do nieprawych czynów, pychy i innych grzechów?
Wtenczas antygrawitacyjne pojazdy eldarskich sił zbrojnych dotarły do celu. Natychmiast siły światostatku Alaitoc zaczęły rzeźnię cywili. Masowy mord nie mógł pozostać bez efektu w umysłach i sercach ludzkich. Ze śmiercią kolejnej osoby, kolejne dwie lub trzy upadały na duchu. Eldarzy, co prawda zniszczyli chaos już w stadium zalążka, jednakże nie przestawali mordować niewinnych cywili. Dlatego Imperator podjął się bardziej radykalnych środków. Zaczął wysyłać najlepszych i najwierniejszych na planetę wyniszczaną przez obcych, których tak bardzo przecież bał się cały ich rodzaj. Co jest bowiem straszniejsze od niewiedzy?
Mężczyzna, krótko ścięty człowiek o kruczoczarnych włosach wyszedł na dach niezwykle wysokiego budynku, trzymając w ręku srebrną walizkę. Rozejrzał się po zrujnowanym mieście z dumnie wypiętą piersią, na którym spoczywały, przykryte materiałem, medale, otrzymane za doskonałe wywiązywanie się z obowiązków. Za jego plecami znajdowała się klatka schodowa, trochę zwiększająca całą wysokość budynku. Wiatr był tego dnia silny, roznosząc pył, piach i co mniejsze śmiecie. Głównie jednak wędrował na nim zapach krwi. Podszedł do krawędzi budynku, po czym kucnął. Spojrzał w dół. Widział tysiąca ciał swoich braci. W jego ciele rozgotowała się krew. Postawił walizkę obok siebie i narzucił na siebie szary płaszcz nie wyróżniający się kolorystycznie od budynku. Dotknął palcem ręki okular na lewym oku regulując go. Po dłuższej chwili operowania ostrością, przybliżeniem i innymi parametrami znalazł kryjących się niedaleko eldarów. Stali, jak kaczki na ostrzał, na środki ulicy. Uśmiechnął się do siebie, po czym otworzył walizkę. Zaczął wyciągać z niej części. Składał je ostrożnie. Gdy kończył, nie trudno byłoby się domyślić, że jest to karabin snajperski. Mężczyzna położył się i do prawej ręki wziął ostatni element – lunetę. Zaczepił ją z taką samą ostrożnością, jak montował resztę broni. Przeładował. Zaczął wzrokiem szukać konkretnej osoby. Jego wzrok szybko przeczesywał całą przestrzeń na której przebywali obcy. Znalazł, czego szukał. Celownik spoczywał na głowie arcyproroka dowodzącego całą operacją. Rozprawiał właśnie z czarownikami.
- Za imperatora… – szepnął mężczyzna, po czym spust zaczął powoli odsuwać się pod naciskiem jego palca.
Nagle zawiał silny wiatr przenosząc piach do jego oka, które przyłożył do lunety. Mężczyzna przeklął, po czym przetarł oczy. Szybko przyłożył oko z powrotem do urządzenia. Jednak widok, który ujrzał, był przerażający. Patrzył on teraz w jego stronę. On – arcyprorok. Choć miał na sobie pełny hełm, odnosił wrażenie, że twarz eldara skrzywiona jest w grymasie nienawiści. Czuł, jak jego wzrok przebija się przez jego psychikę. W pewnym momencie rzeka chaotycznych myśli zaczęła przepływać przez jego umysł. Mężczyzna odjął wzrok od lunety, wstał i złapał się za głowę.
- Zostaw mnie… Zostaw! Co robisz!? Nie tykaj mego umysłu, obcy psie!
Lament mężczyzny, choć odległy, był słyszalny dla tego, który zaatakował jego umysł. Jego ofiara zaczęła wyrywać sobie włosy z głowy. Potem biła się po głowie z całych sił wrzeszcząc. Jeden z eldarskich łowców podszedł do mistrza.
- Czy powinniśmy…?
- Nie. Jego męka zaraz się skończy – odpowiedział unosząc dłoń w majestacie godnym króla. Cierpiący przewrócił się o płaszcz narzucony wcześniej na plecy i zaczął zwijać się w bólu. Po chwili, nie mogąc wytrzymać, począł raz po raz uderzać głową w dach budynku. Cały czas wył i lamentował, błagał i przeklinał. Zaczął krwawić. Niewielkie rozcięcie zaczęło przeradzać się z każdym uderzeniem w coraz większy strumień krwi. Czerwona ciecz zalała w końcu jego czoło i twarz. Twarz o nieszczęsnym wyrazie. W końcu przestał się ruszać, a jego ciało otoczyła kałuża z krwi. Czarownicy i łowcy, wyposażeniu w karabiny snajperskie, przyglądali się beznamiętnie krwawemu przedstawieniu.
- Tak giną głupcy… – rzekł z odrobiną smutku w głosie – Jeśli mon-keigh będą nam stawać na drodze, nie spotkają się nawet z odrobiną litości! Sam wybrał ścieżkę śmierci. Młodzi przyjaciele, nie dajcie się zwieść uczuciom takim jak współczucie, gdyż to doprowadzi was do zguby. Musimy robić co do nas należy. A tym jest likwidowanie chaosu.
Wszyscy podwładni bez słowa opuścili głowy w geście szacunku dla słów mądrości wyższego rangą i starszego od siebie.
Derriuz V: Początek nowego
Moment przebudzenia był chyba najpiękniejszą chwilą w jego życiu. Zdawało mu się, jakoby leżał na najwspanialszym z łoży królewskich, sam ubrany był w najlepsze ubrania z najdelikatniejszego materiału, pod głową miał poduszkę z ptasiego pierza, a na nim leżała kołdra, najlżejsza, a zarazem najcieplejsza na świecie.
Chłopiec nagle zgiął się w pół i kaszlnął, wypluwając tym samym kilka kropel krwi na chodnik. Ból to pierwsze, co przywróciło go ze świata marzeń. Następnie okazało się, że nie leżał na łożu, a wciąż na ulicy, na której go pozostawiono. Chłopak powoli uklęknął, dłońmi opierając się o bruk. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenia. Wiele spojrzeń, zbyt wiele. Większość pełna pogardy, inne płonęły nienawiścią w najczystszej postaci, jeszcze inne zawierały arogancję i wyższość. A niektóre wszystko to nosiły jednocześnie, patrząc na żałosnego dzieciaka.
Po kilku bardzo długich chwilach, i ciężkich zmaganiach z samym sobą, zdołał wreszcie stanąć o własnych siłach. Zachwiał się dwukrotnie, o mało co nie upadając na powrót, lecz zachował równowagę. Gdyby pozwolił sobie teraz upaść na powrót nie wstałby znów. Przynajmniej póki co.
Sam fakt, że stał, był godny podziwu postronnego obserwatora. Grymas na jego twarzy ujawniał jednak, że nie było to nic łatwego, że nie był to byle jaki wysiłek. Powoli uniósł lewą nogę i postawił ją nieco dalej. Natychmiast zauważył że nienaturalnie spuchła na wysokości łydki. Zignorował jednak ten fakt, sterczenie tu nie miało przyszłości, wiedział o tym doskonale. Czekanie bezczynnie na pomoc w tym miejscu byłoby najgłupszym czynem, jaki mógłby zrobić. Wśród drowich serc nie ma litości.
Zmógł się w sobie, by z i drugą nogą uczynić to samo, jednak w pół kroku paraliżujący ból nakazał mu, wbrew jego woli, rozluźnić wszystkie mięśnie nieszczęsnej lewej nogi, na której to stanął czyniąc kolejny krok. Ponownie upadł na ziemię. Był wściekły na matkę, na ojca, na brata i siebie samego. Narodziła się w jego głowie myśl, że to wszystko jego wina. Tak, to pewne, gdyby czegoś nie spieprzył po drodze dalej żyłby w domu. A może nawet by mu się powodziło. Coś robił nie tak, coś było z nim nie w porządku, skoro nie potrafił się przystosować do życia ze swymi pobratymcami. Zacisnął pięści i zamknął oczy krzywiąc się z nienawiści do wszystkich wokół i do samego siebie. Dlaczego? Za co? Czym sobie na to zasłużył? Różne myśli błądziły po jego umyśle wszystkie zmierzając w jednym kierunku. Przeznaczenie. Tak został stworzony. Wola bogów… A drowami opiekował się nie kto inny jak Lolth. Gdy doszedł do tego wniosku natychmiast setki przekleństw pojawiły się w jego umyśle, a wszystkie zaadresowane były do Pajęczej Królowej. To wszystko jej wina! To ona go takim stworzyła, a teraz odrzuca!
Ta cała nienawiść rosnąca z sekundy na sekundę w jego sercu nie była jednak czymś, co miało pozostać bez efektu. Wstał nadzwyczaj szybko, jak na wycieńczone, pobite i biczowane dziecko. Zaczął iść przed siebie. Szedł w miarę równym krokiem, jednak wciąż kulał. Inni wciąż obdarzali go przeróżnymi spojrzeniami, choć znacznie rzadziej. Jeśli któryś spojrzał na niego krzywo, ten natychmiast odpowiadał zimnym, przejmującym i błyszczącym od żądzy mordu wzrokiem. Kierował się w stronę biednych dzielnic. Coraz to mniej istot przemierzało uliczki i byli ubrani znacznie mniej wyszukanie niż tamci, którzy spacerowali w okolicy jego niedawnego domu. W pewnym momencie znalazł się sam na ulicy. Rozejrzał się niepewnie wokół szukając kogoś, kogokolwiek, kto choćby tędy przechodził. Na próżno. Niepokoił go fakt, że nikt tu nie zagląda, nawet jeśli mowa o znienawidzonych przez niego istotach. Skręcił w jeden z zaułków, ciasny wylot między budynkami. Światło tu nie docierało, więc musiał zamrugać kilkakrotnie, nim przyzwyczaił się do mroku. Coś ujrzał. Wśród stert śmieci ktoś leżał, a przypominał mu jednego z drowów. Szybko zorientował się jednak, że to nie żaden drow, a powierzchniowy elf. Pewnie czyjś niewolnik, pomyślał. Jego zwłoki wyglądały paskudnie. Ciało było całe w plamach, a jego jedynym okryciem był kawałek szmaty. Coś co ich łączyło. Nie było wątpliwości, że znalezisko Derriuza było martwe. Głównym powodem, dla którego można by tak myśleć był smród wydobywający się z jego ciała. Smród gnicia. Jego “ubranie” ubrudzone było w jego własnych odchodach, więc, jak sądził, umarł z powodu jakiejś choroby i zapewne cierpiał. Niemal zaczął współczuć niegdysiejszemu towarzyszowi w niedoli, ale zaraz zreflektował się. “Przecież to istota z powierzchni!” W pewnym momencie ujrzał, że owa istota trzyma coś w dłoni. Zbliżył się i odebrał nieboszczykowi ów przedmiot, który okazał się być kawałkiem czerstwego pieczywa. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie on właśnie być przyczyną śmierci elfa, ale po chwili stwierdził, że to niemożliwe, to… Stworzenie było za słabe jak na warunki tutaj panujące i musiał zginąć. Pokiwał głową w uznaniu dla własnych myśli i natychmiast ugryzł kawałek swojego nowo zdobytego posiłku. Smakował jak coś pomiędzy papierem umoczonym uryną, a cegłą umazaną czymś wyjątkowo śmierdzącym. Mimo to posilił się, nie miał wielkiego wyboru, a następnie udał się na spoczynek. Sen dobrze mu zrobi…
Derriuz IV: Wygnanie
Zdołał wymierzyć sześćdziesiąt trzy uderzenie, nim jego ramię opadło z sił. Na koniec kazał go odpiąć. Gdy jego ofiara bezwładnie padła na ziemię, wymierzył mu kilka solidnych kopnięć w brzuch. Biorąc pod uwagę ciężkie buty, które właśnie nosił młodzieniec (zdawałoby się, że właśnie na tą okazję), nie mogło to być zbyt przyjemne przeżycie. Następnie dwóch barczystych mężczyzn wzięło pobitego chłopca za ramię i zaczęło go ciągnąć przez niekończące korytarze. Jak przez mgłę niewinny młodzieniec dojrzał drzwi na końcu jednego z nich. Zbliżali się do nich nieuchronnie, a gdy w końcu doń dotarli – mężczyźni otworzyli je i, dosłownie, wyrzucili młodego drowa poza teren posiadłości, by natychmiast zamknąć je z powrotem. Próbował pójść przed siebie. Potknął się jednak już przy pierwszym, chwiejnym kroku i upadł. Zaczął więc pełznąć, jak niemowlę. W końcu i na to sił mu nie starczyło. Upadł twarzą na bruk ulicy i podczołgał się jeszcze pół metra, by zaraz zemdleć na środku ulicy, ściskając w dłoni przeklęty amulet. Znak przynależności do rodu.
Derriuz III: Winowajca
- Matko… – przed skromnym tronem Khae’thel klęczał jej syn, Hieron. Młodzieniec spuścił pokornie wzrok. Odziany był w prostą skórzaną zbroję, a jego plecy osłaniał płaszcz. Do pasa, klatki piersiowej i ramion poprzyczepiane miał najróżniejsze ostrza służące do różnych celów. Od najzwyklejszych sztyletów, aż po fantazyjne noże do rzucania.
– Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywał. Czy powiodło się zadanie, które ci powierzyłam? – kobieta mierzyła go zimnym spojrzeniem. Sprawiała wrażenie nieziemsko pięknej, gdy siedziała tam, na podwyższeniu zarezerwowanym jedynie dla niej.
– Tak, pani… Odnalazłem niewolnika i przyprowadziłem go. Właśnie otrzymuje należną mu karę. – gdyby jego ‘przyjaciel’ i sługa, pomocnik w tej misji, któremu młodzieniec zawdzięcza fakt odnalezienia nieposłusznego gnoma, usłyszał te słowa, bez wątpienia zechciałby otwarcie wyzwać go na pojedynek, niezależnie od tego czy jest synem jego pani, czy nie.
– Świetnie – rzekła cicho, nieco sykliwym głosem, lecz była wyraźnie zadowolona, o czym świadczył lekki uśmiech na jej twarzy – A co z twoim bratem?
– Słyszałem, że znów coś potłukł. Chyba jeden z twoich ulubionych kielichów, pani… – chłopiec opuścił pokornie głowę.
– Niech będzie przeklęte to bezużyteczne ścierwo! – syknęła, a na jej twarz wstąpił wściekły grymas. Przez chwilę wpatrywała się w postać młodzieńca u jej stóp – Ty nie masz się czego obawiać. W przeciwieństwie do tamtego wyrzutka. – chłopiec powoli podniósł na nią wzrok pełen szacunku.
– Każ go wychłostać, zedrzeć z niego co kosztowniejsze ubrania. Najlepiej niech zostawią go w samej przepasce biodrowej. Potem niech wyrzucą go na ulicę i nie wpuszczają więcej do budynku. Ach, i jeszcze niech nałożą przekleństwo na jego amulet.
– Tak, pani.
– Jeśli chcesz, możesz osobiście dzierżyć bicz. Tylko upewnij się, że nie otrzyma mniej niż czterdzieści batów. – młodzieniec skłonił głowę, wstał i ukłonił się nisko kobiecie, po czym wyszedł z sali. Jak to dobrze, że zawsze jest na kogo zwalić winę, pomyślał. Sam zostałby wygnany, gdyby wyszło na jaw, że to on stłukł kielich… I ten nieudacznik dostałby wszystko! Niedoczekanie! Za ciężko pracował, by zdobyć zaufanie swej pani, by teraz pozwolić, by jakiś nic nie znaczący, bezużyteczny śmieć mu to odebrał.
Derriuz II: Narodziny
Dziecięcy płacz rozdzierał powietrze sypialni i, doprawdy, niezmiernie drażnił matkę owych maluchów. Była wściekła. Nie dość, że zaszła w ciążę, to jeszcze musiała przejść ból narodzin. I to dwukrotnie! A wszystko przez tego niewolnika. Ściskała bicz w dłoni, mierząc mężczyznę, który był wszystkiemu winien, wściekłym spojrzeniem. Gdyby spojrzenie mogło zabijać – …tak, leżałby martwy, ale świat nie jest taki piękny. Pomęczy się jeszcze. Jeszcze długo się pomęczy, nim dane mu będzie skonać. O tak, już ona o to zadba.
Przeniosła, teraz już zimne spojrzenie na dwóch synów, którymi właśnie opiekowała się jej niewolnica. Przez jej twarz przemknął uśmiech przesycony okrucieństwem. Po chwili znów wpadła w furię i spojrzała na ‘tego mężczyznę’. Wstała z łoża i podeszła do drowa, który na jej rozkaz został przykuty do szafy w jej pokoju sypialnianym. Garbił się teraz. Jedyne co miał na sobie to przepaska biodrowa, a całe jego, niegdyś doskonale wyrzeźbione ciało, naznaczone było dziesiątkami uderzeń bata. Choć był odwrócony tyłem, z drugiego końca jej skromnej posiadłości można było wyczuć jego strach. Kulił się drżał, niczym zbity pies, oczekujący kolejnej kary. Ten widok radował ją, ale nie mogła dać tego po sobie poznać.
– Podejdź tu. – powiedziała spokojnym, ale stanowczym głosem do kobiety – Niech patrzą. Niech wiedzą co ich czeka za niesubordynację. – jej oczy zwęziły się. Druga kobieta bez najmniejszego protestu podeszła do ich obojga. Dzieci wciąż płakały.
Umięśniona ręka Khae’thel uniosła się wysoko i, zdawałoby się, zamarła na wieczność w tej majestatycznej pozie. Bat zagrał wysoki dźwięk, przecinając powietrze i w końcu dało się słyszeć uderzenie, a zaraz po nim rozpaczliwy krzyk bólu. Drowka poczuła przypływ rozkoszy. Bez chwili namysłu znów uniosła rękę i uderzyła ponownie. Stała tak blisko, że krew bryznęła jej na policzek. To uradowało ją jeszcze bardziej i pozwoliła sobie na niewielki, przelotny uśmieszek. Zaczęła chłostać coraz szybciej i szybciej. Do krzyków mężczyzny dołączył szloch, a dzieci zamilkły, patrząc na ten akt okrucieństwa. Z każdym zamachem mężczyzna był coraz bardziej szpetny, coraz słabszy i coraz mniej użyteczny.
Ile to trwało? Ciężko policzyć, ale dla obojga była to wieczność, jednak z dwóch zupełnie odmiennych powodów. W końcu mężczyzna padł na kolana. Oczywiście, nie wzbudziło to w kobiecie litości. Wymachiwała okrutnie biczem, jakby zamierzała go ukarać za grzechy wszystkich istot na świecie. Jego plecy już nie przypominały tego, czym pierwotnie były. Wyglądały raczej jak zakrwawiony kawałek mięsa czekający, aż rzeźnik pokroi je na ładne kawałki, posoli i wrzuci do beczki, by nie gnił, lub od razu da klientowi. Opadł w końcu z sił i zemdlał, a ciszę, która zapanowała w niemal całej posiadłości rodu, raz po raz przerywał świst bata.
Derriuz I: Wstęp
Podmrok. Dom wielu istot. Jego podziemia zamieszkiwane są przez najróżniejsze gatunki, jak na przykład gnomy głębinowe. Żyją tu również drowy, bardziej już znane na świecie, z okrucieństwa i nienawiści, których boi się niemal każdy, wiedzący o ich istnieniu. Draix jest jednym z większych miast osiedlonych przez te zachwycające istoty. Tutaj również swą siedzibę miał niewielki ród, który zwał się Kal’ro. Był tylko jeden inny ród, który był mu podporządkowany – najmłodszy ród w mieście, bo liczący zaledwie czterysta lat, Inn’asse.
I tak się stało, że narodziły się bliźnięta. Jednemu przepowiadano świetlaną przyszłość, drugiemu zaś hańbę i wstyd po wsze czasy. Pierwszy wieść miał życie pełne zwycięstw i podbojów, drugi zaś – porażek i chwil bliskich śmierci.
List od przyjaciela
Nie mam dłużej ochoty istnieć. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Wy wszyscy, którzy niegdyś byliście mymi przyjaciółmi. Nie znam Was. Jesteście mi tak samo obcy, jak twarze, które na co dzień widuję na ulicy. Dlaczego więc piszę do Was? Nie, nie piszę do Was. Piszę do tych, których znałem… Do osób, które niegdyś były takie, a nie inne. Do waszych przeszłych jaźni. Wszyscyście teraz dla mnie, jak owce na pastwisku, jak niczego nie świadome mrówki w swych mrowiskach, jak niewinni, którzy zginęli w kolejnym zamachu terrorystycznym, a których to nie znałem. Zginęliście dla mnie i postawiliście mnie przez zadaniem niemal niewykonalnym. Mam poznawać Was na nowo. Poznawać Was jako zupełnie kto inny, Was, osoby zupełnie inne, niż niegdyś. Sądzicie, że się mylę? Spójrzcie na siebie. Zmieniliście się, tak jak i świat zmienia się wokół Was, poddaliście się wpływowi z zewnątrz. A może… Może i ja to uczyniłem? To nie jest w tej chwili ważne. Wszystko, co chciałem powiedzieć, to to, że nie znam Was i znać nie chcę. Jesteście inni i to mnie przerasta. Jesteście inni i to mnie przeraża. Zmieniliście się. Czy ja się zmieniłem? Ja tego nie dostrzegam, choć Wy w istocie możecie. Wszystko zależy od tego, jak się spojrzy na dany temat, bo przecież prawdą jest to, co za prawdę uznamy i to, w co wierzyć będziemy. Znudziło mnie to wszystko, co przynosiło mi niegdyś radość. To, co było dla mnie ulgą od codzienności, stało się rutyną i przykrym obowiązkiem. Świat wokół mnie przestał zaskakiwać, stał się do bólu przewidywalny. Obróciliście się przeciwko sobie i to sprawiło mi największy ból. Patrzeć, jak zwalczacie się nawzajem. Udaję, że tego nie widzę. Nie reaguję – celowo. Ale wciąż o tym myślę, wciąż to widzę i wciąż nie mogę tego zaakceptować. Chyba jest to jednak coś nieuniknionego. Rozłam wśród ludzi, którymi Wy też jesteście. Nie zastanawiacie się jednak co czynicie osobie obserwującej Was z boku, osobie, która uważała Was za przyjaciela. Zbyt pochłonięci jesteście gnębieniem się nawzajem, by zdjąć klapki z oczu i spojrzeć w bok, tam, gdzie cierpi Wasz przyjaciel. Wasz przyjaciel, który zdaje sobie nagle sprawę z faktu, że nie ma zgody między Wami, jak niegdyś sądził. Pozostało mi jedynie patrzeć z bólem w sercu i mówić do Was, o ile zechcecie mnie usłuchać. Jednak… Jednak to już mnie przestało interesować. Róbcie co Wam się żywnie podoba, rańcie się, zdradzajcie, zabijajcie. Nie chcę Was już znać.
Dlaczego to piszę? Nie wiem, nie pytajcie mnie. Czuję, że muszę Wam to wszystko powiedzieć, ja po prostu to wiem. Skąd? TEGO już nie wiem, nie pytajcie więc.
Ja nie chcę Was dłużej znać, pragnę odejść stąd. Najpierw powiem Wam, że nie będzie mnie tu już i dam ulżyć swemu sumieniu. Potem powiem to osobom z mojego bezpośredniego otoczenia – znajomym z miejsca mej codziennej udręki. Następnie powiem to osobom mi najbliższym jednak wyłączając z tego grona rodzinę, albowiem oni… Do nich napiszę list. Przeproszę ich za wszystko i pobłogosławię. I wtedy odejdę i już nie powrócę… Odejdę na zawsze wiedząc, że wszystko co musiałem zrobić – zrobiłem i z czystym sumieniem przejdę przez bramy piekła.
-
Archiwa
- styczeń 2009 (1)
- luty 2008 (1)
- grudzień 2007 (1)
- listopad 2007 (1)
- październik 2007 (7)
- marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS