Twórczość Derriuza… Nic więcej…

Czyli garść mych wypocin…

Derriuz II: Narodziny

Dziecięcy płacz rozdzierał powietrze sypialni i, doprawdy, niezmiernie drażnił matkę owych maluchów. Była wściekła. Nie dość, że zaszła w ciążę, to jeszcze musiała przejść ból narodzin. I to dwukrotnie! A wszystko przez tego niewolnika. Ściskała bicz w dłoni, mierząc mężczyznę, który był wszystkiemu winien, wściekłym spojrzeniem. Gdyby spojrzenie mogło zabijać – …tak, leżałby martwy, ale świat nie jest taki piękny. Pomęczy się jeszcze. Jeszcze długo się pomęczy, nim dane mu będzie skonać. O tak, już ona o to zadba.

Przeniosła, teraz już zimne spojrzenie na dwóch synów, którymi właśnie opiekowała się jej niewolnica. Przez jej twarz przemknął uśmiech przesycony okrucieństwem. Po chwili znów wpadła w furię i spojrzała na ‘tego mężczyznę’. Wstała z łoża i podeszła do drowa, który na jej rozkaz został przykuty do szafy w jej pokoju sypialnianym. Garbił się teraz. Jedyne co miał na sobie to przepaska biodrowa, a całe jego, niegdyś doskonale wyrzeźbione ciało, naznaczone było dziesiątkami uderzeń bata. Choć był odwrócony tyłem, z drugiego końca jej skromnej posiadłości można było wyczuć jego strach. Kulił się drżał, niczym zbity pies, oczekujący kolejnej kary. Ten widok radował ją, ale nie mogła dać tego po sobie poznać.

– Podejdź tu. – powiedziała spokojnym, ale stanowczym głosem do kobiety – Niech patrzą. Niech wiedzą co ich czeka za niesubordynację. – jej oczy zwęziły się. Druga kobieta bez najmniejszego protestu podeszła do ich obojga. Dzieci wciąż płakały.

Umięśniona ręka Khae’thel uniosła się wysoko i, zdawałoby się, zamarła na wieczność w tej majestatycznej pozie. Bat zagrał wysoki dźwięk, przecinając powietrze i w końcu dało się słyszeć uderzenie, a zaraz po nim rozpaczliwy krzyk bólu. Drowka poczuła przypływ rozkoszy. Bez chwili namysłu znów uniosła rękę i uderzyła ponownie. Stała tak blisko, że krew bryznęła jej na policzek. To uradowało ją jeszcze bardziej i pozwoliła sobie na niewielki, przelotny uśmieszek. Zaczęła chłostać coraz szybciej i szybciej. Do krzyków mężczyzny dołączył szloch, a dzieci zamilkły, patrząc na ten akt okrucieństwa. Z każdym zamachem mężczyzna był coraz bardziej szpetny, coraz słabszy i coraz mniej użyteczny.

Ile to trwało? Ciężko policzyć, ale dla obojga była to wieczność, jednak z dwóch zupełnie odmiennych powodów. W końcu mężczyzna padł na kolana. Oczywiście, nie wzbudziło to w kobiecie litości. Wymachiwała okrutnie biczem, jakby zamierzała go ukarać za grzechy wszystkich istot na świecie. Jego plecy już nie przypominały tego, czym pierwotnie były. Wyglądały raczej jak zakrwawiony kawałek mięsa czekający, aż rzeźnik pokroi je na ładne kawałki, posoli i wrzuci do beczki, by nie gnił, lub od razu da klientowi. Opadł w końcu z sił i zemdlał, a ciszę, która zapanowała w niemal całej posiadłości rodu, raz po raz przerywał świst bata.

październik 23, 2007 - Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy, Uncategorized | | Nie ma jeszcze komentarzy

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz