Derriuz IV: Wygnanie
Zdołał wymierzyć sześćdziesiąt trzy uderzenie, nim jego ramię opadło z sił. Na koniec kazał go odpiąć. Gdy jego ofiara bezwładnie padła na ziemię, wymierzył mu kilka solidnych kopnięć w brzuch. Biorąc pod uwagę ciężkie buty, które właśnie nosił młodzieniec (zdawałoby się, że właśnie na tą okazję), nie mogło to być zbyt przyjemne przeżycie. Następnie dwóch barczystych mężczyzn wzięło pobitego chłopca za ramię i zaczęło go ciągnąć przez niekończące korytarze. Jak przez mgłę niewinny młodzieniec dojrzał drzwi na końcu jednego z nich. Zbliżali się do nich nieuchronnie, a gdy w końcu doń dotarli – mężczyźni otworzyli je i, dosłownie, wyrzucili młodego drowa poza teren posiadłości, by natychmiast zamknąć je z powrotem. Próbował pójść przed siebie. Potknął się jednak już przy pierwszym, chwiejnym kroku i upadł. Zaczął więc pełznąć, jak niemowlę. W końcu i na to sił mu nie starczyło. Upadł twarzą na bruk ulicy i podczołgał się jeszcze pół metra, by zaraz zemdleć na środku ulicy, ściskając w dłoni przeklęty amulet. Znak przynależności do rodu.
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
-
Archiwa
- styczeń 2009 (1)
- luty 2008 (1)
- grudzień 2007 (1)
- listopad 2007 (1)
- październik 2007 (7)
- marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS