Krótki tekst w klimacie Wh40k
Atak sił eldarów był nagły i niespodziewany, jak zwykle. Te istoty od zawsze wydawały się podążać za kaprysami, niźli drogą logiki. Minął miesiąc odkąd lud imperium odkrył siły chaosu na planecie Konthoru, skrywające się w katakumbach i tam dopełniające swoich plugawych rytuałów. Krwawe Kruki, zakon Kosmicznych Marines, kierowanych, tak jak całe imperium, przez Imperatora – człowieka wyniesionego przez poddanych do statusu boga i obdarzonego przez ich technologię nieśmiertelnością, zdążyły już zmienić niemal wszystkie miasta na planecie w ruinę, w podążaniu za źródłem infekcji. Nikt nie ośmielił się twierdzić, że nieczystość zacznie rozprzestrzeniać się od strony miejsca spoczynku zmarłych. Zaślepieni swoją wiarą i ogłupieni, przekonaniem o świętości tego miejsca stwierdzili, że sama aura odepchnie wszelkie obce i zanieczyszczone umysły. Jednakże, jak obiektywny obserwator mógłby stwierdzić, właśnie tam znalazło się ognisko choroby, jak zwą to zjawisko sami ludzie poddani imperatorowi. Bo jak inaczej fanatycy mogliby nazwać coś, co popycha ludzi do nieprawych czynów, pychy i innych grzechów?
Wtenczas antygrawitacyjne pojazdy eldarskich sił zbrojnych dotarły do celu. Natychmiast siły światostatku Alaitoc zaczęły rzeźnię cywili. Masowy mord nie mógł pozostać bez efektu w umysłach i sercach ludzkich. Ze śmiercią kolejnej osoby, kolejne dwie lub trzy upadały na duchu. Eldarzy, co prawda zniszczyli chaos już w stadium zalążka, jednakże nie przestawali mordować niewinnych cywili. Dlatego Imperator podjął się bardziej radykalnych środków. Zaczął wysyłać najlepszych i najwierniejszych na planetę wyniszczaną przez obcych, których tak bardzo przecież bał się cały ich rodzaj. Co jest bowiem straszniejsze od niewiedzy?
Mężczyzna, krótko ścięty człowiek o kruczoczarnych włosach wyszedł na dach niezwykle wysokiego budynku, trzymając w ręku srebrną walizkę. Rozejrzał się po zrujnowanym mieście z dumnie wypiętą piersią, na którym spoczywały, przykryte materiałem, medale, otrzymane za doskonałe wywiązywanie się z obowiązków. Za jego plecami znajdowała się klatka schodowa, trochę zwiększająca całą wysokość budynku. Wiatr był tego dnia silny, roznosząc pył, piach i co mniejsze śmiecie. Głównie jednak wędrował na nim zapach krwi. Podszedł do krawędzi budynku, po czym kucnął. Spojrzał w dół. Widział tysiąca ciał swoich braci. W jego ciele rozgotowała się krew. Postawił walizkę obok siebie i narzucił na siebie szary płaszcz nie wyróżniający się kolorystycznie od budynku. Dotknął palcem ręki okular na lewym oku regulując go. Po dłuższej chwili operowania ostrością, przybliżeniem i innymi parametrami znalazł kryjących się niedaleko eldarów. Stali, jak kaczki na ostrzał, na środki ulicy. Uśmiechnął się do siebie, po czym otworzył walizkę. Zaczął wyciągać z niej części. Składał je ostrożnie. Gdy kończył, nie trudno byłoby się domyślić, że jest to karabin snajperski. Mężczyzna położył się i do prawej ręki wziął ostatni element – lunetę. Zaczepił ją z taką samą ostrożnością, jak montował resztę broni. Przeładował. Zaczął wzrokiem szukać konkretnej osoby. Jego wzrok szybko przeczesywał całą przestrzeń na której przebywali obcy. Znalazł, czego szukał. Celownik spoczywał na głowie arcyproroka dowodzącego całą operacją. Rozprawiał właśnie z czarownikami.
- Za imperatora… – szepnął mężczyzna, po czym spust zaczął powoli odsuwać się pod naciskiem jego palca.
Nagle zawiał silny wiatr przenosząc piach do jego oka, które przyłożył do lunety. Mężczyzna przeklął, po czym przetarł oczy. Szybko przyłożył oko z powrotem do urządzenia. Jednak widok, który ujrzał, był przerażający. Patrzył on teraz w jego stronę. On – arcyprorok. Choć miał na sobie pełny hełm, odnosił wrażenie, że twarz eldara skrzywiona jest w grymasie nienawiści. Czuł, jak jego wzrok przebija się przez jego psychikę. W pewnym momencie rzeka chaotycznych myśli zaczęła przepływać przez jego umysł. Mężczyzna odjął wzrok od lunety, wstał i złapał się za głowę.
- Zostaw mnie… Zostaw! Co robisz!? Nie tykaj mego umysłu, obcy psie!
Lament mężczyzny, choć odległy, był słyszalny dla tego, który zaatakował jego umysł. Jego ofiara zaczęła wyrywać sobie włosy z głowy. Potem biła się po głowie z całych sił wrzeszcząc. Jeden z eldarskich łowców podszedł do mistrza.
- Czy powinniśmy…?
- Nie. Jego męka zaraz się skończy – odpowiedział unosząc dłoń w majestacie godnym króla. Cierpiący przewrócił się o płaszcz narzucony wcześniej na plecy i zaczął zwijać się w bólu. Po chwili, nie mogąc wytrzymać, począł raz po raz uderzać głową w dach budynku. Cały czas wył i lamentował, błagał i przeklinał. Zaczął krwawić. Niewielkie rozcięcie zaczęło przeradzać się z każdym uderzeniem w coraz większy strumień krwi. Czerwona ciecz zalała w końcu jego czoło i twarz. Twarz o nieszczęsnym wyrazie. W końcu przestał się ruszać, a jego ciało otoczyła kałuża z krwi. Czarownicy i łowcy, wyposażeniu w karabiny snajperskie, przyglądali się beznamiętnie krwawemu przedstawieniu.
- Tak giną głupcy… – rzekł z odrobiną smutku w głosie – Jeśli mon-keigh będą nam stawać na drodze, nie spotkają się nawet z odrobiną litości! Sam wybrał ścieżkę śmierci. Młodzi przyjaciele, nie dajcie się zwieść uczuciom takim jak współczucie, gdyż to doprowadzi was do zguby. Musimy robić co do nas należy. A tym jest likwidowanie chaosu.
Wszyscy podwładni bez słowa opuścili głowy w geście szacunku dla słów mądrości wyższego rangą i starszego od siebie.
Komentarzy: 3 »
Dodaj komentarz
-
Archiwa
- styczeń 2009 (1)
- luty 2008 (1)
- grudzień 2007 (1)
- listopad 2007 (1)
- październik 2007 (7)
- marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS
Zamieszczone na prośbę. Wybaczcie, że nawet nie poprawiałem, szczerze to nie pamiętam co tu niegdyś napisałem.
EDIT:
Widząc masę błędów w tym tekście stwierdziłem, że jednak powinienem go poprawić…
nie jest źle ale jakiś taki ,żeby nie powiedzieć gwiezdno-wojenny wydźwięk?
ano, taki miał pierwotnie być