Twórczość Derriuza… Nic więcej…

Czyli garść mych wypocin…

Derriuz VII: Nieznajomy

Młodzieniec szedł w dół uliczki wyraźnie uradowany. Szczerzył zęby, w prawej dłoni trzymając zielony owoc. Kramarz nazwał go “jabłko”. Mówił też, że jest sprowadzone z powierzchni i w przeciwieństwie do innych rzeczy pochodzących stamtąd jest wspaniały. Chłopiec rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię, upewniając się, że wściekły chudzielec nie goni jego skromnej osoby. I nie gonił, ku radości młodego drowa. Zatopił zęby w owocu i rzeczywiście “jabłko” okazał się być wyśmienity. Gdyby nie udało mu się zdobyć białej, nieco poszarpanej ale w całkiem znośnym stanie, koszuli i podobnie zaniedbanych, lecz brązowych spodni, nie mógłby spokojnie spacerować teraz ulicami zwykłych mieszkańców. Czuł się lepiej, już nie jak wyrzutek, ale ktoś godny nazywania go pełnoprawnym obywatelem. Mało który przechodzień zwracał na niego uwagę, a jeśli już się to zdarzyło, to przyglądał się jabłku, nie samemu złodziejowi. Szeroki uśmiech nie znikał z twarzy Derriuza, a wręcz przeciwnie – poszerzał się wraz z każdym kolejnym chrupnięciem soczystego, słodkiego miąższu w jego ustach.

Z jednej z uliczek wyszedł tuż przed nim mężczyzna. Nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie fakt, że odziany był w szaty a u pasa miał uwiązaną pękatą sakiewkę, zapewne wypełnioną radośnie pobrzękującym złotem. Chłopak szybko schował jabłko do kieszeni i ukrył się w cieniu za rogiem jednego z budynków, obserwując przechodnia. Po chwili znów dołączył do innych uczestników ruchu chodnikowego. Musiał się nieźle postarać, przy swych krótkich nogach, by iść nieco szybciej niż mężczyzna w dodatku zachowując się przy tym najciszej, jak się tylko da i wyglądać w miarę naturalnie. Rzeczywiście, szedł niemal bezszelestnie, a ów szelest, który wydawał, skutecznie zagłuszał gwar panujący wokół. Chłopiec znalazł się tuż za plecami mężczyzny. Zwinął się jak sprężyna i wyskoczył do biegu z niesamowitą, dziecięcą zwinnością. Prawą ręką wyciągnął nożyk i zaraz w lewej ręce trzymał sakwę. Była ciężka, jak na jego wątłe mięśnie, ale nie miał zamiaru się łatwo poddać. W mgnieniu oka odciął sznurek przytrzymujący sakwę, jednak gdy już stawiał kolejny krok i tylko jeden jeszcze miał wyprowadzić go na bezpieczną odległość poczuł, jak czyjaś dłoń z wielką siłą zaciska się na jego lewym nadgarstku. O mało co nie jęknął z bólu, ale zaraz obrócił się przodem do niedoszłej ofiary i biorąc zamach nożykiem, kiedy taki sam uścisk poczuł na drugim nadgarstku, lecz tym razem mocniejszy. Wypuścił karykaturę broni, która z brzękiem podskoczyła na kamiennym chodniku. Chłopiec krzyknął raz krótko i szarpnął się dwukrotnie. Na marne. Krzyknął głośniej i dłużej, ale nagle zaparło mu dech. Silne uderzenie kolana mężczyzny w jego wątły brzuch nie tylko przerwało rozpaczliwe wołanie o pomoc, ale przewróciło go na chodnik, gdy mężczyzna go puścił. Derriuz łupnął głową o kamień i przez chwilę odzyskiwał świadomość sytuacji. W końcu podniósł się do pozycji siedzącej i pełznąć w przeciwnym kierunku, byle dalej od nieznajomego, wyciągnął w jego kierunku ręce.

- Nie dotykaj mnie! – zawołał chłopiec rozpaczliwie. Z jego dłoni wydostał się płomień, który wściekle skoczył na obcego, lecz nie dosięgnął go. Zniknął w jaskrawoniebieskim błysku dwadzieścia centymetrów od jego twarzy. Chłopięce oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Począł przyglądać się swym przypalonym dłoniom. Sam nie rozumiał co się właśnie stało, za cholerę nie mógł, gdy przyglądał się swoim osmalonym palcom. Mężczyzna też musiał być zdziwiony, ale zaraz przywołał na powrót poważne, surowe spojrzenie na swe oblicze.

- Widzę, żeś jest zdolnym młodzieńcem. Zapomnę, co żeś próbował przed chwilą uczynić, jeśli zostaniesz mym uczniem. Uczeń w dzisiejszych czasach to cenny towar. Nadajesz się, jak nikt inny i nie mówię tu o Twych zdolnościach. Przypominasz mi mnie samego – po tych słowach, wypowiedzianych wyrachowanym tonem sędziego, nakazującego katowi opuścić ostrze gilotyny, pochylił się ku chłopcu i wyciągnął ku niemu dłoń. Chłopiec słabo widział, nie mógł dostrzec twarzy rozmówcy, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji. Dolegliwości musiały być wynikiem silnego uderzenia. Cud, że nie zemdlał. Czuł jednak, jak strużka krwi cieknie mu spomiędzy włosów prosto na kark i brudzi jego, dotąd białą, koszulę.

- To jak będzie?

grudzień 16, 2007 - Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy | | 2 komentarzy

2 komentarzy »

  1. Kiedy napiszesz coś nowego? ;>

    komentarz - autor: Felixis | luty 11, 2008 | Odpowiedz

  2. Szczerze? Nie wiem. Za cholerę nie mam pojęcia… A czego byś sobie najbardziej życzyła? :)

    komentarz - autor: derriuz | luty 11, 2008 | Odpowiedz


Dodaj komentarz