Yarell
Tekst był tylko z grubsza poprawiany. Miłej lektury
.
Prolog
Młody chłopak, na oko piętnastoletni, wcisnął przycisk przywołujący windę. Miał na sobie błękitne jeansy i koszulkę jednego z ulubionych zespołów, którym akurat był Rob Zombie. Na koszulce widniało kilka dziwnych monstrów, coś, co przypominało wampira, coś innego, co na myśl przywodziło wilkołaka i parę innych dziwadeł, których nie dało rady nazwać. Miał długie, jasne, blond włosy sięgające mu do łopatek. Był raczej szczupły i niepozorny, jeśli o sylwetkę chodzi. Co do twarzy… Cóż, z pewnością, nie należał do brzydkich, a wręcz przeciwnie był całkiem przystojnym młodzieńcem. W uszach tkwiły mu słuchawki, których kabelki znikały pod ubraniem. Kiwał głową w rytm muzyki, wyraźnie zadowolony z czegoś, albo najzwyczajniej w świecie miał dobry humor. Drzwi w końcu rozsunęły się przed nim, ukazując wnętrze windy. Wszedł do środka, po czym wcisnął przycisk wiodący na najwyższe piętro.
* * *
- Jak się dziś czujesz, moja droga? – zapytał nieprzyjemny, drwiący głos siedzącą na krześle kobietę o długich, kasztanowych włosach i piwnych oczach. Na jej twarzy widać było przerażenie. Usta miała zaklejone srebrną taśmą samoprzylepną i była przywiązana mocno do krzesła grubym sznurem, jakby ktoś się bał, że ucieknie. Ręce miała związane innym, nieco cieńszym, ale wciąż dość mocnym sznurkiem.
Stukot butów poniósł się po pomieszczeniu, oświetlonym zwisającą u góry żarówką, dającą brzydkie, żółte światło. Ściany poobklejane były wycinkami z gazet. Tytuły nagłówków były bardzo podobne. “Brutalnie zgwałconą i zamordowaną kobietę odnaleziono w śmietniku za restauracją”, “Nastoletnia dziewczynka obdarta ze skóry”, “Makabryczna śmierć państwa młodych”. Jeden artykuł był szczególnie duży, zapewne sztucznie powiększony i dopiero wtedy przyklejony na ścianę. Tytuł brzmiał “Śmierć na ulicach”. Treść można było przeczytać spokojnie z odległości pięciu metrów. Zawierała kilka wywiadów z sąsiadami ofiar brutalnych morderstw oraz z policją. Ta ostatnia podejrzewa, że większość z nich dokonywana była przez jedną organizację, lub nawet osobę, a to ze względu na to, że każda ofiara, bez wyjątku, była kastrowana. Musieli długo nad tym myśleć, nim doszli do tego wniosku.
- Boisz się? Cała się trzęsiesz – drwiący głos zaczął przypominać nieco syk i mężczyzna w średnim wieku w garniturze nachylił się nad swoją ofiarą. Na jego twarzy widniał złośliwy uśmiech nie pozostawiający wątpliwości co do jego stanu psychicznego. Kobieta nerwowo potrząsnęła głową z cichym jęknięciem. Wyraz twarzy oprawcy zmienił się nagle. Wyglądał teraz na zatroskanego dobrem swojego gościa.
- Zdjąłbym Ci ten “plasterek niemowy”, ale wtedy zaczęłabyś krzyczeć i wołać o pomoc… A ja bym tego nie chciał, stary, dobry wujek Wiktor mógłby mieć kłopoty, kochanie… Nie chcesz chyba, by Wiktorek miał kłopoty, prawda? – kobieta znów potrząsnęła głową, jeszcze energiczniej, gdy skończył mówić, w tym samym momencie zauważając, że mężczyzna trzyma nisko nóż, zaraz przy jej nodze. Wielki, lśniący nóż, którym spokojnie można by przebić człowieka na wylot. Człowiek uśmiechnął się szkaradnie i przejechał płazem stalowego ostrza po jej udzie, sięgając pod krótką, czarną spódniczkę, doskonale komponującą się z jej żakietem. Kobieta odwróciła głowę i lekko podniosła się w górę, na ile tylko pozwalały jej więzy. Jęknęła, obawiając się najgorszego.
- Nie martw się… Nie zrobię tego – zapewnił ją – Przynajmniej nie teraz, bo jaki miałbym z ciebie użytek, kochana?
* * *
W połowie, na dwunastym piętrze, winda zatrzymała się i do środka wsiadła skwaszona babunia, która w przeciwieństwie do chłopaka miała kiepski humor. Mimo to, młody człowiek pozdrowił ją uprzejmym, sympatycznym uśmiechem i odsunął się nieco, by starsza pani mogła wejść do środka. Dwa piętra później babcia spojrzała na niego przez ramię z lekkim oburzeniem ale też i przestrachem. Chłopak zauważył, że patrzy się bardziej na koszulkę, niż na niego i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ach, tak, wszyscy kochamy stereotypy, według których długowłosi ubrani w paskudne koszulki to wyznawcy szatana, pomyślał.
* * *
Mężczyzna odsunął się od związanej kobiety i przystawił koniuszek ostrza do ust, aby po chwili zacząć stukać płazem po swojej brodzie jakby w namyśle. Powolnym krokiem podszedł do niej od prawej strony, gdzie, nieco dalej, znajdowały się drzwi wejściowe. Z jej lewej były okna, jednak zasłonięte żaluzjami i w dodatku brudne tak bardzo, że i tak nie byłoby przez nie nic widać, nawet jeśli byłyby odsłonięte. W pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Były trzy wejścia do innych pokoi, dwa za nią, jedno przed nią, jednak były to tylko puste framugi bez drzwi. Tam też brakowało umeblowania, a tylko brudne, szare, zapewne niegdyś białe, ściany.
Psychopata, jak przypuszczała przerażona kobieta, przyglądał się jednemu z fragmentów gazet na ścianie. Czytał w namyśle jego treść, po czym nieco przechylił głowę. Podrapał się lewą ręką po policzku (w prawym miał wciąż nóż).
– Wiesz… Wyglądała prawie identycznie jak Ty, moje kochanie! – zawołał z wyraźnym entuzjazmem i dziecięcą radością wymalowaną na twarzy, odwracając się do niej. Podszedł do niej ponownie, po czym uśmiechnął się sympatycznie (przynajmniej mógłby ktoś tak sądzić, gdyby nie widział jego mieszkania, kobiety i noża w jego ręku).
– Nie martw się, nie będzie boleć. Aż tak bardzo – jego uśmiech poszerzył się. Przyłożył lewą rękę do jej twarzy, gładząc ją delikatnie po policzku, jednak zaraz dotknął ją paznokciami, które przybrały czarną barwę i urosły nienaturalnie. Kobieta zacisnęła oczy z bólu i jęknęła tak głośno, jak była w stanie, gdy dym uniósł się znad czerwonych smug kreślonych dłonią gospodarza.
* * *
Na osiemnastym piętrze, wystraszona babcia wyszła z windy, zerkając nieufnie ostatni raz przez ramię na młodego chłopaka. Gdy drzwi zamknęły się ponownie, młodzieniec westchnął, jednak uśmiech nie znikał z jego twarzy. Zaczął lekko stukać o kieszeń, w której ciążyło pudełeczko wiśniowej tabaki. Trochę nudziła go ta przejażdżka, nie przepadał za windami. Wszystkie tak strasznie się wlokły. W końcu dotarł na najwyższe piętro i odetchnął z ulgą. Jego MP3 przeskoczyło na Blitzkrieg Bop, cover stworzony przez Roba Zombiego. Wyszedł z windy i skręcił w prawo, idąc po nieskazitelnie czystym, czerwonym dywanie. Trochę głupio mu się zrobiło, gdy zorientował się, że jego adidasy są pewnie nieco brudne, ale zaraz wzruszył ramionami. W końcu był tu w konkretnym celu i wątpił, czy ktoś miałby mu to za złe, gdyby wiedział co zaraz chłopak zrobi. No, może prócz samego zainteresowanego. Chłopak zatrzymał się, obracając się w lewo i stając naprzeciw pokoju numer 203. Uniósł pięść do góry i delikatnie zapukał w hebanowe drzwi ze złotymi cyferkami.
* * *
W mieszkaniu rozniosło się głośne, pośród tej niezmąconej ciszy, pukanie.
– Kto to, kurwa, jest!? – wrzasnął gardłowo mężczyzna w garniturze, odwracając się w stronę drzwi. Kobieta aż podskoczyła. Wyprostował się – Siedź cicho, zaraz do ciebie wrócę, tylko uporam się z tym małym problemem. Jeśli będziesz grzeczna, może tego kogoś nie zabiję – mruknął nieprzyjemnym głosem. Kobieta uwierzyła mu, mając nadzieję, że ten mówi prawdę. Mężczyzna uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Były upięte na łańcuchu. Kasztanowłosa nie mogła stwierdzić kto nachodzi to mieszkanie pod wieczór.
– Czego!? – warknął do nieproszonego gościa mężczyzna.
– Dzień dobry, proszę pana – kobieta usłyszała bardzo przyjemny dla ucha, młodzieńczy głos – Ojciec kazał mi przyjść po szklankę cukru – rzekł bardzo sympatycznym tonem domniemany młodzieniec.
– Nie mamy cukru! – wrzasnął mężczyzna, po czym zatrzasnął drzwi, za którymi cały czas ukrywał rękę z nożem – Na czym to my skończyliśmy… – zapytał sam siebie, odwracając się do swojej ofiary i podchodząc do niej – Ach, tak… Na twojej użyteczności, misiu…
W końcu zbliżył się dostatecznie, by wsadzić rękę pod jej koszulkę, a następnie wsunąć ją niżej, pod spódniczkę. Kobieta szarpała się, jednak nie mogła się ruszyć ani o cal. Mężczyzna przystawił ostrze noża do jej zaklejonych ust.
– Ćśśś, kochana, już dobrze… – mruknął do niej.
* * *
Nastolatek z długimi włosami, błękitnymi oczami i słuchawką w uchu (jedną szybko zdjął, tuż po tym jak zapukał do drzwi) zachichotał w reakcji na własny żart i reakcję mężczyzny. Wyciągnął drugą słuchawkę z lewego ucha. Znów uniósł rękę, ale już nie złożoną w pięść, a otwartą, po czym przygrzmocił z całej siły w heban.
Na szczęście nikogo nie było akurat na korytarzu, więc nikt nie mógł zobaczyć, jak drzwi wlatują z ogromną prędkością do mieszkania, tłukąc w końcu swoim kantem szybę i zrywając żaluzje. Chłopak wszedł do środka, jak gdyby nigdy nic. Rzucił okiem na mężczyznę w garniturze zdziwionego tym, co się właśnie wydarzyło, oraz na przerażoną kobietę z przystawionym do zaklejonych ust nożem. Rozejrzał się wokół i aż zagwizdał z podziwem.
– No, no, Wiktorze, ładnie się urządziłeś…
– Kim jesteś!? – wrzasnął mężczyzna w garniturze, odwracając się gwałtownie do chłopaka.
– Bez nerwów, Wiktorze. Dobrze mówię, prawda? Tak masz na imię?
– Nie twój zasrany interes, gówniarzu! – wykrzyknął, biegnąć w kierunku chłopca, odwróconego do niego bokiem. Kobieta chciała krzyczeć, ostrzegać go przed nadciągającą śmiercią, jednak nie była w stania wydać z siebie nic więcej, poza zduszonym jęknięciem. Ale nie było to konieczne. Blond chłopak zniknął z jego oczu. Mężczyzna w garniturze zatrzymał się nagle, rozglądając się. Poczuł lekkie, kilkukrotne stuknięcie w ramię i gdy rzucił okiem w tył zdołał jedynie dostrzec ciepły uśmiech na twarzy swej niedoszłej kolejnej ofiary i nie o kobiecie tu mowa. Poczuł nagle szarpnięcie w okolicy brzucha i dźwięk, wpierw łamanych kości, a potem rozpruwanych wnętrzności, rozchlapujących się po podłodze. Dopiero gdy spojrzał niżej zauważył, że to jego wnętrzności przyozdobiły właśnie ścianę i podłogę. W następnej chwili spostrzegł sterczącą z jego brzucha rękę, z pewnością większą niż ta, która należała do młodziana.
– Słodkich snów, mój drogi – rzekł ten sam, delikatny i niezwykle śliczny głos. Ręka została wyszarpnięta, a sam mężczyzna opadł bezwładnie na ziemię, patrząc tępo z szeroko otwartymi oczyma przed siebie.
– Obrzydliwość! – zawołał zdegustowany nastolatek, patrząc na swoją ubrudzoną we krwi i wnętrznościach rękę, z której znikał chwilowy przyrost mięśni. Odruchowo machnął ręką, próbując strzepać z siebie te wszystkie świństwa, jednak na darmo. Zdecydował więc podejść do kobiety.
– Nie martw się więcej, już po nim – rzekł ciepłym głosem, po czym czystą, lewą ręką, szybkim ruchem zdarł z jej twarzy taśmę klejącą – Nie wiesz może, gdzie tu jest łazienka?
Kobieta patrzyła na niego dłuższą chwilę osłupiała, jednak w końcu otrząsnęła sie z szoku i wyszeptała:
– W pokoju za mną… Bliżej okien… – rzuciła, po czym, gdy chłopak skierował się w tamtą stronę, zapytała – Nie… Nie rozwiążesz mnie?
– Zaraz – odparł łagodnym tonem na jej zdziwione pytanie, z nutką buntu – Chyba nie chcesz, żebym cię pobrudził?
Kobieta nie odpowiedziała. Po krótkiej chwili usłyszała szum wody lejącej się z kranu. Kolejnych kilka chwil minęło, nim woda ucichła.
– Teraz znaaacznie lepiej… – mruknął chłopak, podchodząc do zwłok człowieka (lub nie do końca człowieka) i zabierając mu nóż z ręki. Obrócił się w stronę kobiety i zaszedł ją od tyłu, by wziąć się za rozcinanie jej więzów. Zaczął ostrożnie rozcinać sznur zapleciony wokół jej nadgarstków.
– Kim jesteś? – zapytała wciąż nieco przestraszona, jednak już wiele spokojniejsza. Tak dziwnie działała na nią obecność tego chłopca.
– Jeśli pytasz o imię, to nie pamiętam, ale… – podjął, ale ona mu przerwała.
– Nie pamiętasz? To niedorzeczne! – zaprotestowała kobieta, mrużąc oczy.
– A to co tu widziałaś, nie jest niedorzeczne? – odparł w miarę spokojnym tonem, ale odrobinę poirytowany. Kobieta nie odpowiedziała, zresztą on i tak znał odpowiedź. Młodzieniec więc kontynuował.
– …Ale mówią mi albo niebieskooki, albo Yarell. Albo po prostu Jarek – wzruszył lekko ramionami. Wreszcie przeciął sznur i zaraz bez problemu rozplątał go. Kobieta wzięła się za rozmasowywanie nadgarstków, gdy ten wcisnął jej nóż do dłoni.
– Z resztą sama sobie poradzisz – rzekł, po czym podszedł do zwłok Wiktora, zaczynając szukać czegoś po jego kieszeniach. W spodniach nic nie miał, poza kluczami do mieszkania, które były już zupełnie niepotrzebne, zważając na to co stało się z drzwiami.
– Co robisz? – zapytała kobieta, ściągając brwi. Przecięła sznur już prawie do połowy.
Tym razem to chłopak jej nie odpowiedział. Miast tego uśmiechnął się do siebie, gdy wreszcie znalazł czego szukał. Wyjął portfel z jego kieszeni marynarki i sprawdził jego zawartość. Kilka kart kredytowych… Nieprzydatne. Dowód osobisty… Przyda się policji. Nagle chłopak zagwizdał po raz kolejny w ciągu ostatnich dziesięciu minut.
– Wiktorze, byłeś naprawdę dziany… – rzucił z podziwem, po czym schował zwój banknotów do kieszeni. Nawet nie otwierał kieszonki na drobne.
– Okradasz trupa? – zapytała kobieta, nieco oburzonym tonem. Schował portfel na swoje miejsce, po czym odwrócił się do kobiety.
– Zamierzasz wszystko komentować? – mruknął, wyraźnie poirytowany jej ciągłym gadaniem – Zapomniałaś już co ci chciał przed chwilą zrobić?
Po raz kolejny już nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Wyglądał na dzieciaka, ale nawet bez pokazu siły, jaki zaprezentował przed chwilą, sprawiał wrażenie o wiele starszego i mądrzejszego niż wygląda, a nawet od niej samej, co zdawało jej się, mimo wszystko, absurdalne.
Sznur puścił w końcu. Szybko rozplątała się i wstała z krzesła, otrzepując swoje ubranie i poprawiając spódniczkę.
– Kradzież to kradzież. Tak samo jak morderstwo – rzuciła chłodnym już, obojętnym tonem i schyliła się po pistolet leżący na podłodze. Wymierzyła w niego, drugą ręką wyciągając coś z kieszeni żakietu. To coś okazało się być odznaką policyjną.
– Nigdzie nie pójdziesz. Jestem ci wdzięczna za pomoc, ale musisz odpowiedzieć za przestępstwo, którego dokonałeś – dodała. Chłopak podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się szerzej niż zwykle. Ręce wsadził do kieszeni, nogi skrzyżował, a brwi uniosły się wyżej.
– Przestępstwa? – zapytał z ironią wymalowaną na twarzy.
– Zabiłeś go. Wystarczyło go ogłuszyć. W dodatku okradłeś – mruknęła z chłodnym spojrzeniem.
– Chyba żartujesz… Żartujesz, prawda? – zrobił krótką pauzę, by się jej przyjrzeć – Nie, nie żartujesz… – dodał ciszej po chwili, a uśmiech na jego twarzy nieco zmniejszył się – Nie zamierzam przed nikim odpowiadać.
– Więc będę zmuszona użyć siły – znów nastąpiła krótka chwila ciszy. Uśmiech nastolatka na powrót poszerzył się.
– Nie zrobisz tego. Pozbyłem się niezbyt sympatycznego typa i ocaliłem ci życie – rzucił z pewnością siebie w głosie.
– Sprawdź mnie – odparła i nacisnęła spust. Ułamek sekundy i było słychać strzał broni. Dzieciak zareagował w ostatniej chwili. Uskoczył w bok, jednak zbyt wolno, mimo nadprzyrodzonej szybkości. Kula drasnęła jego ramię. Po chwili wylądował kilka metrów obok, turlając się i wreszcie prostując prędko do pozycji pionowej. Jego mina nie była już ani odrobinę radosna. Skrzywił się ponuro i dotknął palcem zadraśnięcia na lewym ramieniu, z którego sączyła się krew. Następnie zlizał krew z palca i westchnął cicho.
– No dobra, myliłem się. Za grosz wdzięczności… – mruknął i pobiegł w stronę wyważonych drzwi.
Nim kobieta zdążyła cokolwiek powiedzieć stała już sama w pomieszczeniu, mierząc bronią w powietrze.
Na zewnątrz budynku po kilku dłuższych chwilach chłopak wyciągnął z kieszeni pudełeczko Ozony Cherry, jego ulubionej tabaki. Otworzył je i przechylił nad, przyszykowaną już do znanego mu dobrze rytuału, ręką. Postukał. Jak na złość poleciała tylko mała drobinka brązowego proszku. Pokręcił lekko głową i uderzył energicznie o ścianę wieżowca każdą ze stron opakowania. Znów przechylił pudełeczko nad ręką i zastukał. Znowu nic. Zdegustowany wrzucił puste opakowanie po tabace do śmietnika.
Rodział 1
Gdy Yarell spokojnym krokiem schodził w dół ulicy coś przykuło nagle jego wzrok. Zatrzymał się gwałtownie przy kiosku i przyglądał się wystawionym towarom za szybką. Gazetki dla pań, dla komputerowców, dla mężczyzn, papierosy, zabawki… Jest! Z tryumfalnym uśmiechem na twarzy wypatrzył Gawitha o smaku morelowym. Pyszności. Czym prędzej powędrował w stronę okienka i wyłuskał banknot stuzłotowy ze całego zwoju noszonego w kieszeni.
– Poproszę Gawitha – rzucił, nie patrząc nawet na kioskarza, który okazał się być gościem koło dwudziestki, krótko ściętym. Ten nachylił się, by przyjrzeć się swojemu klientowi i lekko krzywiąc się zapytał.
– Jest dowód?
Chłopak zdziwił się nieco, po czym spojrzał na sprzedawcę.
– Nie mam przy sobie – w końcu nie kłamał, bo nie miał żadnego, w ogóle.
– W takim razie nie mogę panu sprzedać – słowo “pan” zostało czy to umyślnie, czy nie, przesączone sarkazmem.
– Dajmy spokój, przecież to tylko tabaka. Wieloletnia tradycja i tak dalej no i nie zabija jak papierosy, ani alkohol.
– Proszę wrócić z dowodem, to pomówimy – zakończył stanowczym głosem kioskarz i odwrócił się by wrócić do poprzedniego zajęcia, czyli czytania jakiejś, z tego co wypatrzył chłopak, gazetki zarezerwowanej dla dorosłych, którzy nie mają kobiety.
Yarell westchnął ciężko i poszedł dalej swoją drogą. Nie to nie, łaski bez, pomyślał. Więc będę musiał złożyć wizytę Michaelowi.
2 komentarzy »
Dodaj komentarz
-
Archiwa
- styczeń 2009 (1)
- luty 2008 (1)
- grudzień 2007 (1)
- listopad 2007 (1)
- październik 2007 (7)
- marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS
(Ożesz ty)życzyłeś miłej lektury i była świetna. To chyba jednak prawda, że pisanie wygładza pióro. W porównaniu z nielicznymi acz dużo starszymi pracami, które zdarzyło ci się kiedyś popełnić widać TO. Objętość posta mówi sama za siebie – podobało mi się. Keep rollin’!
Bardzo dziękuję
. Cieszę się, że da się zauważyć postępy. Nawet bardzo. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – znamy się? :> Ktoś Ty, bo nie mówi mi nic nick
. Ale dziękuję za komentarz.