Wojna
Wojna
Tego dnia płakali bogowie. Po dwóch stronach przepastnej równiny ustawiły się dwie armie. Po jednej stronie, od północy, srebrnoskórzy, którzy według wcześniejszego ładu, w którym królował wyzysk, byli rasą niższą. Skoncentrowani na rozwoju nauk i na własnej kulturze skupiającej się wokół wielu bóstw wszelkich kategorii. Wodnych, leśnych, ziemnych, powietrznych, ognistych, dobrych i złych. Po drugiej stronie zaś byli złotoskórzy, szlachetnie urodzeni, przywódcy, utalentowani jeśli chodzi o magię wyznający jedynie boga słońce, zwanego przez nich Świetlistym.
Srebrnoskórzy odziani byli w skóry, złotoskórzy w przepiękne szaty, które niegdyś szyte były przez kobiety srebrnych. Ci pierwsi dzierżyli wielkie bronie prostej konstrukcji, drudzy zaś smukłe, różnorodne, każda o swoim unikalnym zastosowaniu. Nisko urodzeni władali wielką siłą, wysoko urodzeni zaś zwinnością nadrabiali to, co tracili przez wątłą budowę.
Od strony północy prócz wojowników stały czterometrowe, przerażające machiny z metalu przypominające humanoidalne sylwetki, których trzy pary ramion zamiast dłoni miały narzędzia służące do siania śmierci na polu bitwy. Szczypce, piły i maczugi czyniące okropne rzeczy z nieszczęśnikami, którzy mieli wkrótce się z nimi z bliska zapoznać. W każdej z tych machin siedzieli ich piloci.
Od południa zaś oddziały konnicy i kilka grup magów miały wyrównać szanse z metalowymi monstrami utworzonymi na obraz chyba samej śmierci w najgorszej jej postaci.
Bitwa miała się odbyć o głaz mierzący trzy metry wysokości z wgłębieniem w kształcie gwiazdy, stojący na środku równiny. Główni dowódcy obu ludów posiadali po połowie klucza, który był potrzebny by odkryć, co kryje w sobie kamień. Nie chcieli jednak współpracować, każde z nich chciało zagarnąć zawartość kamienia dla siebie, jakakolwiek by ona nie była, gdyż krążące legendy mówiły, iż znajdować ma się tam dar od samych bogów.
Słońce miało się ku zachodowi a natura zdawała się okazywać swoje zdenerwowanie przed walką. Wiatr wiał silny, a ze wschodu czarne jak smoła chmury leniwie sunęły w kierunku walczących. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi. Dosłownie każdy, kto stał na tej równinie był całkowicie pochłonięty myślami o boskim artefakcie skrytym w sercu głazu. Ilu było wojowników, tyle pomysłów na to co to może być. Ale nikt nie domyślał się co tak naprawdę tam jest.
Ktoś spośród srebrnoskórych krzyknął, nie wytrzymując presji, kilku uznało to za rozkaz do ataku, a później… Później już wszyscy rzucili się bezmyślnie biegiem w kierunku armii wroga. U złotoskórych zaś ci najbardziej fanatyczni wyznawcy Świetlistego, widząc to, rozeźlili się nadzwyczaj i puścili się pędem naprzeciw szarżującym. Niebawem doszło do starcia.
Pierwsze ofiary tej straszliwej wojny padły już chwilę po tym jak wojska ruszyły przeciw sobie, tratowane bezmyślną agresją każdej ze stron. Pod stopami swoim pobratymców umierali wojownicy obu stron, tracąc nadzieję na honorową śmierć w walce.
Później wielu zginęło przez sama siłę z jaką bezmyślne masy zderzyły się ze sobą. Gwiazd na niebie by zabrakło by zliczyć ile kości zostało połamanych w tamtym momencie. Żądza krwi obu stron sięgnęła zenitu. Twarze wszystkich wypełniła szczera nienawiść i zło, a grymasy, które wpełzały na ich twarze podczas walki zdawały się być jakąś piekielną groteską i parodią pięknych, dumnych twarzy wojowników z ludowych powieści. Dowódcy probowali wykrzykiwać rozkazy, lecz zupełnie nikt ich nie wykonywał, nikt nie słyszał, wszyscy byli zaślepieni i ogłuszeni złem, które płynęło z ich serc i nakazywało im sięgać po broń, mordować i jednocześnie radować się z widoku co bardziej oszpeconych trupów przeciwnika. Panował chaos. Dowódcy jednostek, które nie rzuciły się jeszcze do boju byli zdani na siebie. Wiele wody upłynęło, nim srebrni wysłali swoje machiny wojenne na pole bitwy widząc, jak tracą przewagę.
Potworne maszyny zaczęły swój marsz śmierci hałasując przy tym i wstrząsając ziemią z każdym krokiem, co z kolei sprawiało wrażenie, jakby bóstwa tegoż żywiołu krzyczały i błagały, by się zatrzymały. Żadne jednak krzyki i błagania nie mogły powstrzymać pilotów metalowych morderców. Gdy tylko starli się z walczącymi armiami zaczęli ciąć wszystko, co sięgało powyżej pasa przeciętnego mężczyzny. Piły poszły w ruch wydając przy tym wściekły ryk i dymiąc intensywnie. Metaliczne szczypce, jak ogromne sekatory, zaczęły ciąć ręce, nogi i głowy ze wściekłym szczękiem, zaś maczugi miażdżyły wszystkich wokół wielu zostawiając w agonii. Dla tych ostatnich sadystyczna śmierć miała długo zwlekać, nim zamknęła im oczy i zatrzymała serca na dobre.
W niemal równych ilościach zarówno srebrno, jak i złotoskórzy padali gęsto, rozczłonkowani. Wtedy ruszyła konnica złotych, a za nią zaraz ich magowie, stąpając po ciałach stratowanych ludzi obu stron. Gdy dotarli do machin sięgnęli do swoich sakw jak jeden mąż wyciągając kamienie szlachetne różnych kolorów. Spędzili chwilę na ładowaniu ich magiczną energią i rzucili w kierunku metalowych konstrukcji. Jeden szafir spadł obok którejś z maszyn tworząc lodowy grobowiec wszystkim w promieniu pięciu metrów. Jeden z rubinów zaś trafił prosto do kabiny jednego z pilotów innej maszyny podpalając go żywcem, inne z kolei zajęły ogniem piechotę. Znów zarówno złoto, jak i srebrnoskórych. Któryś z magów, który miał rzucić diamentem zbyt długo zwlekał, ładował go magią dalej aż do momentu, w którym przesadził. Eksplozja, czysta fala dźwiękowa bez ognie rozerwała go i kilku z jego kamratów na kawałeczki, kilku połamała kości, a kilku jedynie odrzuciła w różne strony.
Z krwi, której dziś upuszczono mogłaby uformować się rzeka, a ze szczątków poległych można by zapełnić wiele dołów. A walka trwała w najlepsze, jednak organizacja była coraz gorsza, niebawem nie była to już tylko bitwa srebrnych ze złotymi, a każdego ze wszystkimi innymi. Mijały godziny, trupy miejscami ścieliły się tak gęsto, że formowały wzniesienia, wielu potykało się o martwych towarzyszy broni, lub przeciwników skazując się na śmierć od oręża tego, kto brał akurat na niego zamach.
* * *
Minęły godziny, nim wielotysięczne armie poległy. Przetrwała setka srebrnoskórych. Cudem ocalał również ich władca. Szczęście im zdawało się dopisywać, mimo strat, ponieważ drugą połowę klucza, który należał do złotych odnaleziono niemal natychmiast.
Lokhar, najmądrzejszy i najsilniejszy spośród srebrnoskórych, ich przywódca duchowy i bojowy długo pieścił w dłoniach obie części gwiazdy, nim zebrał się w sobie, by je połączyć. Słońce zaszło już dawno, a czarne chmury wisiały na niebie, choć nie dało się ich dojrzeć, prócz momentów, gdy od czasu do czasu błysnęło wysoko i zagrzmiało cicho. Wziął pochodnię od jednego ze swych podwładnych i niewzruszony faktem, że idzie po martwych, którzy całkowicie przesłaniali ziemię, ruszył w kierunku wielkiego głazu po środku polany, o który toczona była ta bitwa. Położył dłoń na zagłębieniu w kształcie gwiazdy. Czuł się jakby śnił. Marzenie jego i jego ludu zostało spełnione, choć wielkim kosztem. A on miał zaszczyt odebrać boski dar, który miał zapewnić niewyobrażalne dobro wszystkim jego podwładnym, jakiekolwiek by ono nie było.
Delikatnie wsunął klucz w kształcie gwiazdy w przygotowane do tego zagłębienie. Przez chwilę nic się nie działo. Potem dało się słyszeć chrupnięcie, pierwsze rysy pokazały się na kamieniu. Zaczął powoli pękać, aż górna jego połowa ukazała wyżłobione wnętrze. Oświetlając sobie pochodnią sięgną ręką wgłąb. Wyciągnął kamienną tablicę. Otworzył oczy i usta szeroko patrząc na nią i nie mogąc uwierzyć w to, że trzyma w ręku dar boski. Zaczął czytać napisy, które były na nim wyryte.
Nagle znów coś chrupnęło. W pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, póki nie poczuł w dłoni, że to właśnie tablica pękała. Małe kawałki zaczęły odpadać, coraz większe rysy uniemożliwiały dalsze czytanie. Upuścił pochodnię i przerażony próbował pomóc sobie drugą ręką, by nie rozpadła mu się ona w dłoniach. Na darmo jednak. Jego serce zaczęło walić jak oszalałe, gdy kamień rozpadał się w coraz mniejsze kawałeczki. Niebawem wszystko co pozostało po boskim artefakcie, to piach, przy którym klęknął zrozpaczony. A on nie pamiętał już, co przeczytał. Wstrząsnęło to nim, ale zaraz poczuł się jakby otrzymał bardzo silny cios jakimś ciężkim przedmiotem w głowę. Gdy otrząsnął się z ogłuszenia zamrugał kilka razy. Podniósł pochodnię, wstał z ziemie i rozejrzał się wokół. Teraz dopiero dostrzegł ciała wokół siebie. Serce mu zadrżało znów, ale tym razem zupełnie inaczej. Zadrżało tak, jak przed całą tą wojną. Zacisnął powieki, a łzy zaczęły spływać po jego policzkach. Lecz nie tylko on płakał. Płakały też tysiące wdów i tysiące półsierot. Tysiące braci i sióstr, tysiące wujków i ciotek, tysiące siostrzeńców i siostrzenic, tysiące bratanków i bratanic, tysiące dziadków i babć. Tej nocy płakali nawet bogowie.
-
Archiwa
- Wrzesień 2010 (1)
- Styczeń 2009 (1)
- Luty 2008 (1)
- Grudzień 2007 (1)
- Listopad 2007 (1)
- Październik 2007 (7)
- Marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS