Twórczość Derriuza… Nic więcej…

Czyli garść mych wypocin…

Yarell

Tekst był tylko z grubsza poprawiany.  Miłej lektury :) .

Prolog

Młody chłopak, na oko piętnastoletni, wcisnął przycisk przywołujący windę. Miał na sobie błękitne jeansy i koszulkę jednego z ulubionych zespołów, którym akurat był Rob Zombie. Na koszulce widniało kilka dziwnych monstrów, coś, co przypominało wampira, coś innego, co na myśl przywodziło wilkołaka i parę innych dziwadeł, których nie dało rady nazwać. Miał długie, jasne, blond włosy sięgające mu do łopatek. Był raczej szczupły i niepozorny, jeśli o sylwetkę chodzi. Co do twarzy… Cóż, z pewnością, nie należał do brzydkich, a wręcz przeciwnie był całkiem przystojnym młodzieńcem. W uszach tkwiły mu słuchawki, których kabelki znikały pod ubraniem. Kiwał głową w rytm muzyki, wyraźnie zadowolony z czegoś, albo najzwyczajniej w świecie miał dobry humor. Drzwi w końcu rozsunęły się przed nim, ukazując wnętrze windy. Wszedł do środka, po czym wcisnął przycisk wiodący na najwyższe piętro.

* * *

- Jak się dziś czujesz, moja droga? – zapytał nieprzyjemny, drwiący głos siedzącą na krześle kobietę o długich, kasztanowych włosach i piwnych oczach. Na jej twarzy widać było przerażenie. Usta miała zaklejone srebrną taśmą samoprzylepną i była przywiązana mocno do krzesła grubym sznurem, jakby ktoś się bał, że ucieknie. Ręce miała związane innym, nieco cieńszym, ale wciąż dość mocnym sznurkiem.

Stukot butów poniósł się po pomieszczeniu, oświetlonym zwisającą u góry żarówką, dającą brzydkie, żółte światło. Ściany poobklejane były wycinkami z gazet. Tytuły nagłówków były bardzo podobne. “Brutalnie zgwałconą i zamordowaną kobietę odnaleziono w śmietniku za restauracją”, “Nastoletnia dziewczynka obdarta ze skóry”, “Makabryczna śmierć państwa młodych”. Jeden artykuł był szczególnie duży, zapewne sztucznie powiększony i dopiero wtedy przyklejony na ścianę. Tytuł brzmiał “Śmierć na ulicach”. Treść można było przeczytać spokojnie z odległości pięciu metrów. Zawierała kilka wywiadów z sąsiadami ofiar brutalnych morderstw oraz z policją. Ta ostatnia podejrzewa, że większość z nich dokonywana była przez jedną organizację, lub nawet osobę, a to ze względu na to, że każda ofiara, bez wyjątku, była kastrowana. Musieli długo nad tym myśleć, nim doszli do tego wniosku.

- Boisz się? Cała się trzęsiesz – drwiący głos zaczął przypominać nieco syk i mężczyzna w średnim wieku w garniturze nachylił się nad swoją ofiarą. Na jego twarzy widniał złośliwy uśmiech nie pozostawiający wątpliwości co do jego stanu psychicznego. Kobieta nerwowo potrząsnęła głową z cichym jęknięciem. Wyraz twarzy oprawcy zmienił się nagle. Wyglądał teraz na zatroskanego dobrem swojego gościa.

- Zdjąłbym Ci ten “plasterek niemowy”, ale wtedy zaczęłabyś krzyczeć i wołać o pomoc… A ja bym tego nie chciał, stary, dobry wujek Wiktor mógłby mieć kłopoty, kochanie… Nie chcesz chyba, by Wiktorek miał kłopoty, prawda? – kobieta znów potrząsnęła głową, jeszcze energiczniej, gdy skończył mówić, w tym samym momencie zauważając, że mężczyzna trzyma nisko nóż, zaraz przy jej nodze. Wielki, lśniący nóż, którym spokojnie można by przebić człowieka na wylot. Człowiek uśmiechnął się szkaradnie i przejechał płazem stalowego ostrza po jej udzie, sięgając pod krótką, czarną spódniczkę, doskonale komponującą się z jej żakietem. Kobieta odwróciła głowę i lekko podniosła się w górę, na ile tylko pozwalały jej więzy. Jęknęła, obawiając się najgorszego.

- Nie martw się… Nie zrobię tego – zapewnił ją – Przynajmniej nie teraz, bo jaki miałbym z ciebie użytek, kochana?

* * *

W połowie, na dwunastym piętrze, winda zatrzymała się i do środka wsiadła skwaszona babunia, która w przeciwieństwie do chłopaka miała kiepski humor. Mimo to, młody człowiek pozdrowił ją uprzejmym, sympatycznym uśmiechem i odsunął się nieco, by starsza pani mogła wejść do środka. Dwa piętra później babcia spojrzała na niego przez ramię z lekkim oburzeniem ale też i przestrachem. Chłopak zauważył, że patrzy się bardziej na koszulkę, niż na niego i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ach, tak, wszyscy kochamy stereotypy, według których długowłosi ubrani w paskudne koszulki to wyznawcy szatana, pomyślał.

* * *

Mężczyzna odsunął się od związanej kobiety i przystawił koniuszek ostrza do ust, aby po chwili zacząć stukać płazem po swojej brodzie jakby w namyśle. Powolnym krokiem podszedł do niej od prawej strony, gdzie, nieco dalej, znajdowały się drzwi wejściowe. Z jej lewej były okna, jednak zasłonięte żaluzjami i w dodatku brudne tak bardzo, że i tak nie byłoby przez nie nic widać, nawet jeśli byłyby odsłonięte. W pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Były trzy wejścia do innych pokoi, dwa za nią, jedno przed nią, jednak były to tylko puste framugi bez drzwi. Tam też brakowało umeblowania, a tylko brudne, szare, zapewne niegdyś białe, ściany.

Psychopata, jak przypuszczała przerażona kobieta, przyglądał się jednemu z fragmentów gazet na ścianie. Czytał w namyśle jego treść, po czym nieco przechylił głowę. Podrapał się lewą ręką po policzku (w prawym miał wciąż nóż).

– Wiesz… Wyglądała prawie identycznie jak Ty, moje kochanie! – zawołał z wyraźnym entuzjazmem i dziecięcą radością wymalowaną na twarzy, odwracając się do niej. Podszedł do niej ponownie, po czym uśmiechnął się sympatycznie (przynajmniej mógłby ktoś tak sądzić, gdyby nie widział jego mieszkania, kobiety i noża w jego ręku).

– Nie martw się, nie będzie boleć. Aż tak bardzo – jego uśmiech poszerzył się. Przyłożył lewą rękę do jej twarzy, gładząc ją delikatnie po policzku, jednak zaraz dotknął ją paznokciami, które przybrały czarną barwę i urosły nienaturalnie. Kobieta zacisnęła oczy z bólu i jęknęła tak głośno, jak była w stanie, gdy dym uniósł się znad czerwonych smug kreślonych dłonią gospodarza.

* * *

Na osiemnastym piętrze, wystraszona babcia wyszła z windy, zerkając nieufnie ostatni raz przez ramię na młodego chłopaka. Gdy drzwi zamknęły się ponownie, młodzieniec westchnął, jednak uśmiech nie znikał z jego twarzy. Zaczął lekko stukać o kieszeń, w której ciążyło pudełeczko wiśniowej tabaki. Trochę nudziła go ta przejażdżka, nie przepadał za windami. Wszystkie tak strasznie się wlokły. W końcu dotarł na najwyższe piętro i odetchnął z ulgą. Jego MP3 przeskoczyło na Blitzkrieg Bop, cover stworzony przez Roba Zombiego. Wyszedł z windy i skręcił w prawo, idąc po nieskazitelnie czystym, czerwonym dywanie. Trochę głupio mu się zrobiło, gdy zorientował się, że jego adidasy są pewnie nieco brudne, ale zaraz wzruszył ramionami. W końcu był tu w konkretnym celu i wątpił, czy ktoś miałby mu to za złe, gdyby wiedział co zaraz chłopak zrobi. No, może prócz samego zainteresowanego. Chłopak zatrzymał się, obracając się w lewo i stając naprzeciw pokoju numer 203. Uniósł pięść do góry i delikatnie zapukał w hebanowe drzwi ze złotymi cyferkami.

* * *

W mieszkaniu rozniosło się głośne, pośród tej niezmąconej ciszy, pukanie.

– Kto to, kurwa, jest!? – wrzasnął gardłowo mężczyzna w garniturze, odwracając się w stronę drzwi. Kobieta aż podskoczyła. Wyprostował się – Siedź cicho, zaraz do ciebie wrócę, tylko uporam się z tym małym problemem. Jeśli będziesz grzeczna, może tego kogoś nie zabiję – mruknął nieprzyjemnym głosem. Kobieta uwierzyła mu, mając nadzieję, że ten mówi prawdę. Mężczyzna uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Były upięte na łańcuchu. Kasztanowłosa nie mogła stwierdzić kto nachodzi to mieszkanie pod wieczór.

– Czego!? – warknął do nieproszonego gościa mężczyzna.

– Dzień dobry, proszę pana – kobieta usłyszała bardzo przyjemny dla ucha, młodzieńczy głos – Ojciec kazał mi przyjść po szklankę cukru – rzekł bardzo sympatycznym tonem domniemany młodzieniec.

– Nie mamy cukru! – wrzasnął mężczyzna, po czym zatrzasnął drzwi, za którymi cały czas ukrywał rękę z nożem – Na czym to my skończyliśmy… – zapytał sam siebie, odwracając się do swojej ofiary i podchodząc do niej – Ach, tak… Na twojej użyteczności, misiu…

W końcu zbliżył się dostatecznie, by wsadzić rękę pod jej koszulkę, a następnie wsunąć ją niżej, pod spódniczkę. Kobieta szarpała się, jednak nie mogła się ruszyć ani o cal. Mężczyzna przystawił ostrze noża do jej zaklejonych ust.

– Ćśśś, kochana, już dobrze… – mruknął do niej.

* * *

Nastolatek z długimi włosami, błękitnymi oczami i słuchawką w uchu (jedną szybko zdjął, tuż po tym jak zapukał do drzwi) zachichotał w reakcji na własny żart i reakcję mężczyzny. Wyciągnął drugą słuchawkę z lewego ucha. Znów uniósł rękę, ale już nie złożoną w pięść, a otwartą, po czym przygrzmocił z całej siły w heban.

Na szczęście nikogo nie było akurat na korytarzu, więc nikt nie mógł zobaczyć, jak drzwi wlatują z ogromną prędkością do mieszkania, tłukąc w końcu swoim kantem szybę i zrywając żaluzje. Chłopak wszedł do środka, jak gdyby nigdy nic. Rzucił okiem na mężczyznę w garniturze zdziwionego tym, co się właśnie wydarzyło, oraz na przerażoną kobietę z przystawionym do zaklejonych ust nożem. Rozejrzał się wokół i aż zagwizdał z podziwem.

– No, no, Wiktorze, ładnie się urządziłeś…

– Kim jesteś!? – wrzasnął mężczyzna w garniturze, odwracając się gwałtownie do chłopaka.

– Bez nerwów, Wiktorze. Dobrze mówię, prawda? Tak masz na imię?

– Nie twój zasrany interes, gówniarzu! – wykrzyknął, biegnąć w kierunku chłopca, odwróconego do niego bokiem. Kobieta chciała krzyczeć, ostrzegać go przed nadciągającą śmiercią, jednak nie była w stania wydać z siebie nic więcej, poza zduszonym jęknięciem. Ale nie było to konieczne. Blond chłopak zniknął z jego oczu. Mężczyzna w garniturze zatrzymał się nagle, rozglądając się. Poczuł lekkie, kilkukrotne stuknięcie w ramię i gdy rzucił okiem w tył zdołał jedynie dostrzec ciepły uśmiech na twarzy swej niedoszłej kolejnej ofiary i nie o kobiecie tu mowa. Poczuł nagle szarpnięcie w okolicy brzucha i dźwięk, wpierw łamanych kości, a potem rozpruwanych wnętrzności, rozchlapujących się po podłodze. Dopiero gdy spojrzał niżej zauważył, że to jego wnętrzności przyozdobiły właśnie ścianę i podłogę. W następnej chwili spostrzegł sterczącą z jego brzucha rękę, z pewnością większą niż ta, która należała do młodziana.

– Słodkich snów, mój drogi – rzekł ten sam, delikatny i niezwykle śliczny głos. Ręka została wyszarpnięta, a sam mężczyzna opadł bezwładnie na ziemię, patrząc tępo z szeroko otwartymi oczyma przed siebie.

– Obrzydliwość! – zawołał zdegustowany nastolatek, patrząc na swoją ubrudzoną we krwi i wnętrznościach rękę, z której znikał chwilowy przyrost mięśni. Odruchowo machnął ręką, próbując strzepać z siebie te wszystkie świństwa, jednak na darmo. Zdecydował więc podejść do kobiety.

– Nie martw się więcej, już po nim – rzekł ciepłym głosem, po czym czystą, lewą ręką, szybkim ruchem zdarł z jej twarzy taśmę klejącą – Nie wiesz może, gdzie tu jest łazienka?

Kobieta patrzyła na niego dłuższą chwilę osłupiała, jednak w końcu otrząsnęła sie z szoku i wyszeptała:

– W pokoju za mną… Bliżej okien… – rzuciła, po czym, gdy chłopak skierował się w tamtą stronę, zapytała – Nie… Nie rozwiążesz mnie?

– Zaraz – odparł łagodnym tonem na jej zdziwione pytanie, z nutką buntu – Chyba nie chcesz, żebym cię pobrudził?

Kobieta nie odpowiedziała. Po krótkiej chwili usłyszała szum wody lejącej się z kranu. Kolejnych kilka chwil minęło, nim woda ucichła.

– Teraz znaaacznie lepiej… – mruknął chłopak, podchodząc do zwłok człowieka (lub nie do końca człowieka) i zabierając mu nóż z ręki. Obrócił się w stronę kobiety i zaszedł ją od tyłu, by wziąć się za rozcinanie jej więzów. Zaczął ostrożnie rozcinać sznur zapleciony wokół jej nadgarstków.

– Kim jesteś? – zapytała wciąż nieco przestraszona, jednak już wiele spokojniejsza. Tak dziwnie działała na nią obecność tego chłopca.

– Jeśli pytasz o imię, to nie pamiętam, ale… – podjął, ale ona mu przerwała.

– Nie pamiętasz? To niedorzeczne! – zaprotestowała kobieta, mrużąc oczy.

– A to co tu widziałaś, nie jest niedorzeczne? – odparł w miarę spokojnym tonem, ale odrobinę poirytowany. Kobieta nie odpowiedziała, zresztą on i tak znał odpowiedź. Młodzieniec więc kontynuował.

– …Ale mówią mi albo niebieskooki, albo Yarell. Albo po prostu Jarek – wzruszył lekko ramionami. Wreszcie przeciął sznur i zaraz bez problemu rozplątał go. Kobieta wzięła się za rozmasowywanie nadgarstków, gdy ten wcisnął jej nóż do dłoni.

– Z resztą sama sobie poradzisz – rzekł, po czym podszedł do zwłok Wiktora, zaczynając szukać czegoś po jego kieszeniach. W spodniach nic nie miał, poza kluczami do mieszkania, które były już zupełnie niepotrzebne, zważając na to co stało się z drzwiami.

– Co robisz? – zapytała kobieta, ściągając brwi. Przecięła sznur już prawie do połowy.

Tym razem to chłopak jej nie odpowiedział. Miast tego uśmiechnął się do siebie, gdy wreszcie znalazł czego szukał. Wyjął portfel z jego kieszeni marynarki i sprawdził jego zawartość. Kilka kart kredytowych… Nieprzydatne. Dowód osobisty… Przyda się policji. Nagle chłopak zagwizdał po raz kolejny w ciągu ostatnich dziesięciu minut.

– Wiktorze, byłeś naprawdę dziany… – rzucił z podziwem, po czym schował zwój banknotów do kieszeni. Nawet nie otwierał kieszonki na drobne.

– Okradasz trupa? – zapytała kobieta, nieco oburzonym tonem. Schował portfel na swoje miejsce, po czym odwrócił się do kobiety.

– Zamierzasz wszystko komentować? – mruknął, wyraźnie poirytowany jej ciągłym gadaniem – Zapomniałaś już co ci chciał przed chwilą zrobić?

Po raz kolejny już nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Wyglądał na dzieciaka, ale nawet bez pokazu siły, jaki zaprezentował przed chwilą, sprawiał wrażenie o wiele starszego i mądrzejszego niż wygląda, a nawet od niej samej, co zdawało jej się, mimo wszystko, absurdalne.

Sznur puścił w końcu. Szybko rozplątała się i wstała z krzesła, otrzepując swoje ubranie i poprawiając spódniczkę.

– Kradzież to kradzież. Tak samo jak morderstwo – rzuciła chłodnym już, obojętnym tonem i schyliła się po pistolet leżący na podłodze. Wymierzyła w niego, drugą ręką wyciągając coś z kieszeni żakietu. To coś okazało się być odznaką policyjną.

– Nigdzie nie pójdziesz. Jestem ci wdzięczna za pomoc, ale musisz odpowiedzieć za przestępstwo, którego dokonałeś – dodała. Chłopak podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się szerzej niż zwykle. Ręce wsadził do kieszeni, nogi skrzyżował, a brwi uniosły się wyżej.

– Przestępstwa? – zapytał z ironią wymalowaną na twarzy.

– Zabiłeś go. Wystarczyło go ogłuszyć. W dodatku okradłeś – mruknęła z chłodnym spojrzeniem.

– Chyba żartujesz… Żartujesz, prawda? – zrobił krótką pauzę, by się jej przyjrzeć – Nie, nie żartujesz… – dodał ciszej po chwili, a uśmiech na jego twarzy nieco zmniejszył się – Nie zamierzam przed nikim odpowiadać.

– Więc będę zmuszona użyć siły – znów nastąpiła krótka chwila ciszy. Uśmiech nastolatka na powrót poszerzył się.

– Nie zrobisz tego. Pozbyłem się niezbyt sympatycznego typa i ocaliłem ci życie – rzucił z pewnością siebie w głosie.

– Sprawdź mnie – odparła i nacisnęła spust. Ułamek sekundy i było słychać strzał broni. Dzieciak zareagował w ostatniej chwili. Uskoczył w bok, jednak zbyt wolno, mimo nadprzyrodzonej szybkości. Kula drasnęła jego ramię. Po chwili wylądował kilka metrów obok, turlając się i wreszcie prostując prędko do pozycji pionowej. Jego mina nie była już ani odrobinę radosna. Skrzywił się ponuro i dotknął palcem zadraśnięcia na lewym ramieniu, z którego sączyła się krew. Następnie zlizał krew z palca i westchnął cicho.

– No dobra, myliłem się. Za grosz wdzięczności… – mruknął i pobiegł w stronę wyważonych drzwi.

Nim kobieta zdążyła cokolwiek powiedzieć stała już sama w pomieszczeniu, mierząc bronią w powietrze.

Na zewnątrz budynku po kilku dłuższych chwilach chłopak wyciągnął z kieszeni pudełeczko Ozony Cherry, jego ulubionej tabaki. Otworzył je i przechylił nad, przyszykowaną już do znanego mu dobrze rytuału, ręką. Postukał. Jak na złość poleciała tylko mała drobinka brązowego proszku. Pokręcił lekko głową i uderzył energicznie o ścianę wieżowca każdą ze stron opakowania. Znów przechylił pudełeczko nad ręką i zastukał. Znowu nic. Zdegustowany wrzucił puste opakowanie po tabace do śmietnika.

Rodział 1

Gdy Yarell spokojnym krokiem schodził w dół ulicy coś przykuło nagle jego wzrok. Zatrzymał się gwałtownie przy kiosku i przyglądał się wystawionym towarom za szybką. Gazetki dla pań, dla komputerowców, dla mężczyzn, papierosy, zabawki… Jest! Z tryumfalnym uśmiechem na twarzy wypatrzył Gawitha o smaku morelowym. Pyszności. Czym prędzej powędrował w stronę okienka i wyłuskał banknot stuzłotowy ze całego zwoju noszonego w kieszeni.

– Poproszę Gawitha – rzucił, nie patrząc nawet na kioskarza, który okazał się być gościem koło dwudziestki, krótko ściętym. Ten nachylił się, by przyjrzeć się swojemu klientowi i lekko krzywiąc się zapytał.

– Jest dowód?

Chłopak zdziwił się nieco, po czym spojrzał na sprzedawcę.

– Nie mam przy sobie – w końcu nie kłamał, bo nie miał żadnego, w ogóle.

– W takim razie nie mogę panu sprzedać – słowo “pan” zostało czy to umyślnie, czy nie, przesączone sarkazmem.

– Dajmy spokój, przecież to tylko tabaka. Wieloletnia tradycja i tak dalej no i nie zabija jak papierosy, ani alkohol.

– Proszę wrócić z dowodem, to pomówimy – zakończył stanowczym głosem kioskarz i odwrócił się by wrócić do poprzedniego zajęcia, czyli czytania jakiejś, z tego co wypatrzył chłopak, gazetki zarezerwowanej dla dorosłych, którzy nie mają kobiety.

Yarell westchnął ciężko i poszedł dalej swoją drogą. Nie to nie, łaski bez, pomyślał. Więc będę musiał złożyć wizytę Michaelowi.

styczeń 26, 2009 Opublikował/a derriuz | Uncategorized | | 2 komentarzy

Historia Postapo

Zamieszczam tu tą historię jedynie z powodów mi znanych ;) . Przyznać muszę szczerze, że nie wyciągałem jej sporo czasu, więc jest pewno zakurzona, nie jestem pewien, czy sprawdzałem (choć chyba tak…), ale tak czy inaczej miałbym sporo zarzutów do siebie itd…. Ale nie chcę znowu tego czytać, mimo, że miło mi się kojarzył ten “tworek”, a umieszczam jedynie, by udostępnić komuś w prosty sposób. Mimo to zapraszam do lektury, a nuż nie zaśniesz przy monitorze ;) .

Wrocław był moim domem. Chociaż… Nie. Nigdy nie był moim domem. Mym domem jest mój umysł. Czaszka, w której znajduje się moja świadomość – TO mój dom. Jednak nie mogę zaprzeczyć faktowi, iż urodziłem się w tym mieście… Miałem ojca alkoholika, a moja matka… Biedna kobieta skazana na trwanie przy tym sukinsynu… – po chwili kontynuował, jednak jak wcześniej, wciąż nie dało wyczuć się emocji w jego głosie – Hmm… Ach, tak. Miałem również brata. To był wspaniały człowiek. Pamiętam, kiedy ojciec bił mnie bez opamiętania, chłopak zawsze stawał w mojej obronie. Jednak nic mu nie mógł zrobić. Kończyliśmy za każdym razem mocno poturbowani, jednak jest korzyść, jaką mieliśmy ze stawiania mu oporu. Po pierwsze – lepsze samopoczucie. Lepiej leżeć i dać sie skopać, czy bronić się? Po drugie, i co cenniejsze – między nami, jak między żadnym innym rodzeństwem, rozwinęła się niezwykle silna więź. Czekaj chwilę… – mężczyzna sięgnął do kieszeni w kurtce, z której wyciągnął cygaro. Inna ręką, niemal niezauważalnie, wydobył z kolejnej benzynową, błyszczącą zapalniczkę. Odgryzł kawałek z jednej strony po czym przyłożył sobie je do ust. Podpalił je i zaciągnął się potężnie. Zaraz zaczął powoli wypuszczać siwy dym – Znów zgubiłem wątek… Więc… Brat opowiadał mi, jak mało nie straciłem życia, przez ojca w stanie nietrzeźwości. Gdyby matka nie skończyła pracy wcześniej… – przerwał na chwilę, by wziąć kolejną porcję dymu do płuc – Byłbym martwy. W sumie, to nawet i lepiej by było… Dla mnie. Ale nie dla niego, jestem pewien, że żałowałby, że nie mógł wtedy nic zrobić…

W wieku 10 lat dowiedziałem się o cyrku w naszym mieście. Wiedziony ciekawością poszedłem tam. Ukradkiem dostałem się do środka. Obejrzałem całe przedstawienie. Z otwartymi ustami. I ślepiami… Wpatrzonymi w wszelkie prezentowane mi dziwy. Po spektaklu zacząłem szukać jakiegoś ważniaka, który wszystkim tym kierował. Jakiś wyjątkowo nierozgarnięty człowiek wskazał mi drogę. Zapukałem do drzwi wozu. Otworzył mi podstarzały mężczyzna w marynarce i cylindrze, ze sporym brzuchem.”Chciałbym… Psze pana… Pobaw… Popracować tutaj. Mogę?” – plątałem się w swojej wypowiedzi, po której zakończeniu wlepiłem szczenięce oczka w twarz mężczyzny. Ten spojrzał tylko na mnie, a na jego twarzy wyrósł olbrzymi, tajemniczy uśmiech. Wskazał palcem na tabliczkę wystawioną na widoku. Widniał na niej napis. ‘Poszukiwany utalentowany młodzieniec z zapałem’. Gestem zaprosił mnie do środka. Z początku trochę się przeraziłem, jednak nie było czego się bać. Wytłumaczył mi, że będę pracował jako akrobata. “Gawiedź uwielbia utalentowanych młodych ludzi. Takie niespotykane rzeczy zachęcają ich do marzeń, a przez to dają im sens życia i pozwalają z nadzieją patrzeć w przyszłość.” Nie powiedział mi co to znaczy ‘gawiedź’, ale domyśliłem się, że chodziło o publiczność podziwiającą sztuczki wykonywane przez cyrkowców i ich zwierzęta.

Byłem z siebie dumny, to była moja pierwsza praca – rzekł mężczyzna z zadumą. Kolejny obłok dymu, po manifestacji swojej obecności w jego ciele, opuścił go powoli rozpływając się w powietrzu w majestatycznym układzie – Wymykałem się z domu po cichu. Co dzień. Po kilku miesiącach opowiedziałem wszystko swojemu bratu… O swojej pracy. O tym, jakie wspaniałe rzeczy można zobaczyć w cyrku. Obiecałem mu, że któregoś dnia go zabiorę. Kiedy uwolnimy się od ojca. Niemal za każdym razem, gdy wracałem, sprowadzałem na siebie gniew ojca. Zastanawiałem się, czy nie powinienem był wracać z rana, żeby dać szansę ojcu wytrzeźwieć. Byłby trochę spokojniejszy i może nie lałby mnie tak mocno. I przez to Rafał nie musiałby ingerować. Nie chciałem, by obrywał za mnie. Strasznie było mi z tym głupio, ale nigdy mu tego nie powiedziałem. Myślałem, że żyć będziemy razem już zawsze i nic nas nie rozdzieli. Czy to kula w oku, czy bomba atomowa, czy po prostu laska.

Tego roku wybuchnąć miała wojna. Miałem czternaście lat, a mój brat piętnaście. Bił się już z kimś parę razy. Całkiem nieźle wtedy wyrósł. Pewnego dnia ojciec upił się tak, że gdy próbował uderzyć, rozbijał sobie pięść o ścianę i czasem kolano o jakiś równie ciekawy element wyposażenia naszego… TEGO mieszkania. Rafał zauważył, że jego siła wystarczy nam, by sie obronić. Wspólnie ogłuszyliśmy go. Natychmiast po tym wybiegliśmy z domu zostawiając nieprzytomnego ojca w mieszkaniu. Biegnąc myślałem, co będzie, jak on się obudzi, a matka wróci? Zawsze przepędzałem tę myśl. Do dziś czasem zastanawiam się co się tam wydarzyło… A może po prostu ktoś przyjechał i zabrał go z tamtąd? Mój towarzysz niedoli zatrzymał się przy jednym z samochodów. Uwielbiał samochody. Nie tylko ja wychodziłem z domu w konkretnym celu… Wybiliśmy szybę. On zdewastował stacyjkę, by dostać się do kabli. Mówił, że widział to na jakimś filmie. Coś mu nie bardzo szło, więc trąciłem go, by dał mi spojrzeć. Jakimś cudem dwa właściwe kabelki zetknęły się. Rozrusznik westchnął jednokrotnie. Natychmiast ujął on owe przewody i począł stykać je ze sobą. W końcu coś zaskoczyło i silnik ruszył. Pozamykaliśmy drzwi i ruszyliśmy… Dokąd? Do Łodzi… Właśnie tam.

Okazało się, że samochód jest w kiepskim stanie. Gdy zepsuł się pierwszy raz wyszedłem i zajrzałem pod maskę. Niewiele mi to mówiło, ale widok wydał mi się przyjazny i jakiś znajomy. Po dokładnych oględzinach zorientowałem się mniej więcej co robi co. Zajrzałem do bagażnika. Tam znalazłem narzędzia. Zacząłem intuicyjnie dobierać odpowiednie i grzebać nimi przy częściach. Po kilku próbach udało mi się pozbyć irytującego stukotu podczas jazdy i silnik przestał gasnąć tak często. Nie wiem jak to zrobiłem. Miałem farta… Później musiałem poprawić jeszcze kilka razy, ale byłem na właściwej drodze do uczynienia z tego samochodu znośnej w użyciu maszyny. Niestety, kilka kilometrów przed dotarciem do celu skończyło się paliwo. No tak, nie ma szczęścia absolutnego. W żadnym znaczeniu tego słowa. Znaleźliśmy się na miejscu. Było wcześnie. Brat chciał rozejrzeć się za nową bryką. Ja wolałem porobić co innego, więc po prostu umówiliśmy się na dwudziestą pierwszą tam, gdzie staliśmy. On poszedł w swoją stronę, ja w swoją.

Po krótkim spacerze zobaczyłem bar. Bez namysłu wszedłem do środka. Poczułem smród rzygowin, jednak nie zniechęcił mnie on, już w wieku kilku lat czułem gorsze zapachy. Zobaczyłem jakiegoś gościa, kilka lat starszego ode mnie. Stał rozjuszony przy trzech facetach, którzy śmiali się paskudnie. Zacząłem mu współczuć. Ktoś obok mnie skomentował całą sytuację popijając spokojnie piwo. “Ten koleś prosi się o swoje. Zaraz będzie miał przejebane. Widzisz tego tam?”; wskazał na jednego z mężczyzn; “To baron paliwowy, sukinsyn wyzyskuje nas wszystkich”. Gorzkie słowa popił kolejnym łykiem alkoholu. Podszedłem bliżej. Chciałem lepiej widzieć sytuację. Chłopak dziwnie się zachowywał. Chyba był naćpany. W pewnym momencie mężczyźni wybuchli śmiechem tak okrutnym, że gotował krew w obojętnym obserwatorze. Zobaczyłem metaliczny błysk przy jego ubraniu, tam, gdzie sięgnął dłonią. Coś się we mnie obudziło, to chyba był mój brat. Chciałem odpłacić się, za to, co on dla mnie robi, pomagając komuś innemu. Wbiegłem z całym impetem w nic nie spodziewającego się, niedoszłego zabójcę. Przewróciłem go, po czym sam wywaliłem się na niego, przytłaczając zbyt naćpanego człowieka, by mógł mnie z siebie zrzucić. Mężczyźni śmiejąc się wyszli z baru. Widziałem, jak patrzył oczyma pełnymi nienawiści, na drzwi, które się za nimi zamknęły. Sturlałem się z niego, po czym wstałem. On również powstał, nie spoglądając na mnie dłuższą chwilę. Przeniósł wzrok na mnie. Postawiłem krok w tył, z sercem pełnym trwogi. Zmierzył mnie wzrokiem uważnie, jakby miał urządzenie sprawdzające charakter człowieka, jego przeszłość, zainteresowania i ile lasek zaliczył. Uśmiechnął się do mnie. Nie sprawiał wrażenia już tak bardzo naćpanego.”Dzięki”, powiedział… Dzięki… – mruknął do siebie mężczyzna wzdychając dymem – Kazał mi siąść obok. “Zaczekaj chwilę, muszę odsapnąć.” Po chwili sprawiał wrażenie, jakby nigdy nic nie brał. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziałem mu o sobie. Każdy szczegół. On opowiedział mi własnej osobie.

Nadszedł wieczór, i nastąpiła już prawie godzina dwudziesta pierwsza. Szliśmy razem ulicą, samym środkiem, odważnie, jakby nikt nie mógł nam zaszkodzić. W pewnym momencie przypomniałem sobie, że powinienem iść już na umówione miejsce. Spojrzał w prawo, stronę przeciwną do tej, po której był mój nowy przyjaciel. “Brat na mnie czeka. Muszę iść się z nim spotkać… Czy… Czy chciałbyś pójść ze mną?” Gdy odwróciłem się, nikogo już nie ujrzałem. Złowrogi wiatr zaszumiał koronami drzew i poniósł ze sobą garść liści. Zrobiło się nieprzyjemnie. Nieprzyjemnie samotnie. Jakbym sam stanął naprzeciw całemu światu. Rozejrzałem się raz jeszcze i pospiesznie ruszyłem na spotkanie z bratem.

Opowiedziałem mu o wszystkim. O WSZYSTKIM. Właśnie tak. Myślałem, że ten mężczyzna, lub też chłopak, zostanie moim przyjacielem do końca życia. Opowiedziałem wszystko bratu. Po nocy spędzonej w jakiejś ruderze udałem się do baru, gdzie go spotkałem. Nie znalazłem go. Jednakże zagadałem w barmanem. “Szkoda go, sporo na nim zarabiałem.” Rzekł czyszcząc kufel. “Pojechał chyba do warszawy…” Rzekł, rozmarzonym wzrokiem spoglądając sufit, co nie przeszkadzało mu dokładnie wycierać kufel. Powiedziałem bratu, że chcę go odszukać. On uznał to za głupotę. Poczuł zew wojny i zdecydował się zaciągnąć do wojska. Ja nie chciałem. Dlaczego? To nie dla mnie! Zostałem partyzantem.

Jeździłem ciężarówkami rozwożąc sprzęt. Przeczyszczałem i składałem bronie. Grzebałem również przy samochodach. Udało mi się zdobyć nawet zestaw do wytłaczania naboi… Chemik, mechanik, rusznikarz… Sporo zajęć miałem. Dostało mi się nawet magnum! Desert Eagle .357! – rzekł z radością dziecka, po czym wyjął z własnoręcznie zrobionej kabury piękny pistolet – No nie, że sprawia wrażenie? A jaką ma moc… Szkoda tylko, że mało celne… Ale i tak jest wspaniały – mówił z dziecinnym wzrokiem wpatrując się w lśniącą broń – Po wielu latach partyzantki udało mi się dostać do Warszawy… Z zestawem umiejętności i odrobiną ekwipunku.

Historia dla graczy: Mateusz zjawił się w mieście sam. Przyjechał w ciężarówce. Natychmiast, jak zeskoczył i pomachał kierowcy, pojazd odjechał, nie przejmując się jego dalszym wzrokiem. Jego znajomi spojrzeli na niego pożegnalnym wzrokiem z niewielką ilością żalu. Uśmiechnął się do nich w odpowiedzi… Cóż mógłbyś wiedzieć więcej? Nic. Bo dopiero się zjawił w mieście.

luty 27, 2008 Opublikował/a derriuz | Inne, S-F | | Nie ma jeszcze komentarzy

Derriuz VII: Nieznajomy

Młodzieniec szedł w dół uliczki wyraźnie uradowany. Szczerzył zęby, w prawej dłoni trzymając zielony owoc. Kramarz nazwał go “jabłko”. Mówił też, że jest sprowadzone z powierzchni i w przeciwieństwie do innych rzeczy pochodzących stamtąd jest wspaniały. Chłopiec rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię, upewniając się, że wściekły chudzielec nie goni jego skromnej osoby. I nie gonił, ku radości młodego drowa. Zatopił zęby w owocu i rzeczywiście “jabłko” okazał się być wyśmienity. Gdyby nie udało mu się zdobyć białej, nieco poszarpanej ale w całkiem znośnym stanie, koszuli i podobnie zaniedbanych, lecz brązowych spodni, nie mógłby spokojnie spacerować teraz ulicami zwykłych mieszkańców. Czuł się lepiej, już nie jak wyrzutek, ale ktoś godny nazywania go pełnoprawnym obywatelem. Mało który przechodzień zwracał na niego uwagę, a jeśli już się to zdarzyło, to przyglądał się jabłku, nie samemu złodziejowi. Szeroki uśmiech nie znikał z twarzy Derriuza, a wręcz przeciwnie – poszerzał się wraz z każdym kolejnym chrupnięciem soczystego, słodkiego miąższu w jego ustach.

Z jednej z uliczek wyszedł tuż przed nim mężczyzna. Nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie fakt, że odziany był w szaty a u pasa miał uwiązaną pękatą sakiewkę, zapewne wypełnioną radośnie pobrzękującym złotem. Chłopak szybko schował jabłko do kieszeni i ukrył się w cieniu za rogiem jednego z budynków, obserwując przechodnia. Po chwili znów dołączył do innych uczestników ruchu chodnikowego. Musiał się nieźle postarać, przy swych krótkich nogach, by iść nieco szybciej niż mężczyzna w dodatku zachowując się przy tym najciszej, jak się tylko da i wyglądać w miarę naturalnie. Rzeczywiście, szedł niemal bezszelestnie, a ów szelest, który wydawał, skutecznie zagłuszał gwar panujący wokół. Chłopiec znalazł się tuż za plecami mężczyzny. Zwinął się jak sprężyna i wyskoczył do biegu z niesamowitą, dziecięcą zwinnością. Prawą ręką wyciągnął nożyk i zaraz w lewej ręce trzymał sakwę. Była ciężka, jak na jego wątłe mięśnie, ale nie miał zamiaru się łatwo poddać. W mgnieniu oka odciął sznurek przytrzymujący sakwę, jednak gdy już stawiał kolejny krok i tylko jeden jeszcze miał wyprowadzić go na bezpieczną odległość poczuł, jak czyjaś dłoń z wielką siłą zaciska się na jego lewym nadgarstku. O mało co nie jęknął z bólu, ale zaraz obrócił się przodem do niedoszłej ofiary i biorąc zamach nożykiem, kiedy taki sam uścisk poczuł na drugim nadgarstku, lecz tym razem mocniejszy. Wypuścił karykaturę broni, która z brzękiem podskoczyła na kamiennym chodniku. Chłopiec krzyknął raz krótko i szarpnął się dwukrotnie. Na marne. Krzyknął głośniej i dłużej, ale nagle zaparło mu dech. Silne uderzenie kolana mężczyzny w jego wątły brzuch nie tylko przerwało rozpaczliwe wołanie o pomoc, ale przewróciło go na chodnik, gdy mężczyzna go puścił. Derriuz łupnął głową o kamień i przez chwilę odzyskiwał świadomość sytuacji. W końcu podniósł się do pozycji siedzącej i pełznąć w przeciwnym kierunku, byle dalej od nieznajomego, wyciągnął w jego kierunku ręce.

- Nie dotykaj mnie! – zawołał chłopiec rozpaczliwie. Z jego dłoni wydostał się płomień, który wściekle skoczył na obcego, lecz nie dosięgnął go. Zniknął w jaskrawoniebieskim błysku dwadzieścia centymetrów od jego twarzy. Chłopięce oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Począł przyglądać się swym przypalonym dłoniom. Sam nie rozumiał co się właśnie stało, za cholerę nie mógł, gdy przyglądał się swoim osmalonym palcom. Mężczyzna też musiał być zdziwiony, ale zaraz przywołał na powrót poważne, surowe spojrzenie na swe oblicze.

- Widzę, żeś jest zdolnym młodzieńcem. Zapomnę, co żeś próbował przed chwilą uczynić, jeśli zostaniesz mym uczniem. Uczeń w dzisiejszych czasach to cenny towar. Nadajesz się, jak nikt inny i nie mówię tu o Twych zdolnościach. Przypominasz mi mnie samego – po tych słowach, wypowiedzianych wyrachowanym tonem sędziego, nakazującego katowi opuścić ostrze gilotyny, pochylił się ku chłopcu i wyciągnął ku niemu dłoń. Chłopiec słabo widział, nie mógł dostrzec twarzy rozmówcy, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji. Dolegliwości musiały być wynikiem silnego uderzenia. Cud, że nie zemdlał. Czuł jednak, jak strużka krwi cieknie mu spomiędzy włosów prosto na kark i brudzi jego, dotąd białą, koszulę.

- To jak będzie?

grudzień 16, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy | | 2 komentarzy

Derriuz VI: Złodziej złodzieja okrada

Po pobudce czuł się świeżo, rześko. Miał wrażenie, jakby mógł przenosić góry. Była to jednak ułuda, o czym przekonał się, gdy spróbował wstać ze sterty śmieci. Noga nie miała się najlepiej, ale mógł całkiem sprawnie się z nią poruszać, gdy się oswoił z bólem. Spojrzał na swoje dłonie, ramiona, tułów… Był brudny. Z początku próbował się jakoś wytrzeć, jednak na darmo. I tak się zabrudzę, pomyślał. Czuł nieznośny głód i musiał jakoś zdobyć pożywienie. Podszedł do większej sterty i począł w niej grzebać. Zajęło mu to sporo czasu, nim zdołał znaleźć coś interesującego. Pierwszym przedmiotem wartym uwagi był spory, podarty płaszcz. Narzucił go niedbale na plecy. Był pobrudzony i śmierdział, ale przynajmniej nie był nagi. W najlepszym wypadku mógł uchodzić za jednego z biedniejszych mieszkańców, w najgorszym za dziecięcego włóczęgę. Uśmiechnął się ponuro do siebie, gdy spoglądał na ręce opatulone płaszczem. Westchnął i wrócił do poszukiwań. Tym razem upłynęło więcej czasu, ale udało mu się coś odnaleźć. Był to… Widelec. Zardzewiały, ale wciąż ostry. Schował swój ‘nowy oręż’ pod strzępy płaszcza i powolnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia z ślepego zaułka. Wyjrzał zza rogu. Nie dostrzegł nikogo. Rad był z tego powodu, a czemu to chyba nie muszę tłumaczyć. Wyszedł na ulice i począł powolnym krokiem iść w dół, tam, gdzie ulice jeszcze biedniejsze.

Po pewnym czasie natrafił na niewielki ruch uliczny. Pojedynczy stragan stał przy ulicy. Stragan z żywnością. Trudno się nie domyślić jak dobrze chłopak poczuł się na ten widok. Przyglądał się rosłemu mężczyźnie, układającemu uważnie co ładniejsze okazy ze swojej kolekcji na widoku. Te gorsze zapewne chował pod ladą, coby pozory zachować, że sprzedawca porządnym towarem handluje. Młody drow nie myślał nawet o tym. Czekał ukryty we wnęce w ścianie pobliskiego budynku, aż mężczyzna odejdzie na moment od jedzenia, by mógł wziąć choć bułeczkę, choć kawałek mięsa… Tak, tego pragnął w tej chwili najbardziej. Porządnego posiłku składającego się głównie z soczystego mięsiwa. Jakiś chudy starszy mężczyzna podszedł do rosłego sprzedawcy. Na to czekał młody złodziej. Gdy tylko kupiec odwrócił się plecami do ulicy, młodzieniec ruszył w tamtą stronę. Gdy dotarł do straganu, pospiesznym ruchem ściągnął z niego spory kawałek mięsa i schował pod płaszcz. Drugą ręką już ściskał zardzewiały widelec pod płaszczem, żeby w razie potrzeby mógł się obronić. Zrobił się niezwykle nerwowy. Przyspieszył kroku, próbując się nieco uspokoić, ale nic nie mogło pomóc obawie, że zaraz cios potężnej łapy spadnie na jego plecy. Ciarki przeszło po nim i aż się wzdrygnął. Nie nastąpiło jednak to, czego się spodziewał. W spokoju oddalił się na sporą odległość i dopiero wtedy pozwoli sobie spokojnie odetchnąć. Spojrzał za siebie, czy aby nikt go nie śledzi i pobiegł okrężną drogą z powrotem do swojego pierwotnego schronienia. Gdy wrócił już do zaułka rozejrzał się raz jeszcze nerwowo i gdy był już pewien, że jest sam, wyciągnął kawałek mięsa spod płaszcza. Coś gwałtownie poruszyło się wśród śmieci i drow usłyszał nienaturalnie głośny pisk jakiegoś gryzonia. Tak się przeraził, że upuścił mięso, a prawą ręką sięgał już po zardzewiały widelec. Nie trzeba było długo czekać, by wiadomo było cóż to za stworzenie dzieli z nim schronienie. Przerośnięty szczur podbiegł do ochłapu i złapał zań zębami. Chłopiec próbował dźgnąć zwierzę widelcem, jednak nie zdążył, bo tamten dawno umknął z powrotem do swej kryjówki. W akcie desperacji młodzieniec rzucił się na kolana u wylotu w śmieciach. Począł przerzucać je jedno po drugim, najwyraźniej chcąc dokopać się do złodzieja. Na próżno jednak. Gdy jego ramiona zmęczyły się oparł się o stertę i zaniósł się płaczem.

listopad 13, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy | | 1 komentarz

Krótki tekst w klimacie Wh40k

Atak sił eldarów był nagły i niespodziewany, jak zwykle. Te istoty od zawsze wydawały się podążać za kaprysami, niźli drogą logiki. Minął miesiąc odkąd lud imperium odkrył siły chaosu na planecie Konthoru, skrywające się w katakumbach i tam dopełniające swoich plugawych rytuałów. Krwawe Kruki, zakon Kosmicznych Marines, kierowanych, tak jak całe imperium, przez Imperatora – człowieka wyniesionego przez poddanych do statusu boga i obdarzonego przez ich technologię nieśmiertelnością, zdążyły już zmienić niemal wszystkie miasta na planecie w ruinę, w podążaniu za źródłem infekcji. Nikt nie ośmielił się twierdzić, że nieczystość zacznie rozprzestrzeniać się od strony miejsca spoczynku zmarłych. Zaślepieni swoją wiarą i ogłupieni, przekonaniem o świętości tego miejsca stwierdzili, że sama aura odepchnie wszelkie obce i zanieczyszczone umysły. Jednakże, jak obiektywny obserwator mógłby stwierdzić, właśnie tam znalazło się ognisko choroby, jak zwą to zjawisko sami ludzie poddani imperatorowi. Bo jak inaczej fanatycy mogliby nazwać coś, co popycha ludzi do nieprawych czynów, pychy i innych grzechów?

Wtenczas antygrawitacyjne pojazdy eldarskich sił zbrojnych dotarły do celu. Natychmiast siły światostatku Alaitoc zaczęły rzeźnię cywili. Masowy mord nie mógł pozostać bez efektu w umysłach i sercach ludzkich. Ze śmiercią kolejnej osoby, kolejne dwie lub trzy upadały na duchu. Eldarzy, co prawda zniszczyli chaos już w stadium zalążka, jednakże nie przestawali mordować niewinnych cywili. Dlatego Imperator podjął się bardziej radykalnych środków. Zaczął wysyłać najlepszych i najwierniejszych na planetę wyniszczaną przez obcych, których tak bardzo przecież bał się cały ich rodzaj. Co jest bowiem straszniejsze od niewiedzy?

Mężczyzna, krótko ścięty człowiek o kruczoczarnych włosach wyszedł na dach niezwykle wysokiego budynku, trzymając w ręku srebrną walizkę. Rozejrzał się po zrujnowanym mieście z dumnie wypiętą piersią, na którym spoczywały, przykryte materiałem, medale, otrzymane za doskonałe wywiązywanie się z obowiązków. Za jego plecami znajdowała się klatka schodowa, trochę zwiększająca całą wysokość budynku. Wiatr był tego dnia silny, roznosząc pył, piach i co mniejsze śmiecie. Głównie jednak wędrował na nim zapach krwi. Podszedł do krawędzi budynku, po czym kucnął. Spojrzał w dół. Widział tysiąca ciał swoich braci. W jego ciele rozgotowała się krew. Postawił walizkę obok siebie i narzucił na siebie szary płaszcz nie wyróżniający się kolorystycznie od budynku. Dotknął palcem ręki okular na lewym oku regulując go. Po dłuższej chwili operowania ostrością, przybliżeniem i innymi parametrami znalazł kryjących się niedaleko eldarów. Stali, jak kaczki na ostrzał, na środki ulicy. Uśmiechnął się do siebie, po czym otworzył walizkę. Zaczął wyciągać z niej części. Składał je ostrożnie. Gdy kończył, nie trudno byłoby się domyślić, że jest to karabin snajperski. Mężczyzna położył się i do prawej ręki wziął ostatni element – lunetę. Zaczepił ją z taką samą ostrożnością, jak montował resztę broni. Przeładował. Zaczął wzrokiem szukać konkretnej osoby. Jego wzrok szybko przeczesywał całą przestrzeń na której przebywali obcy. Znalazł, czego szukał. Celownik spoczywał na głowie arcyproroka dowodzącego całą operacją. Rozprawiał właśnie z czarownikami.

    - Za imperatora… – szepnął mężczyzna, po czym spust zaczął powoli odsuwać się pod naciskiem jego palca.

Nagle zawiał silny wiatr przenosząc piach do jego oka, które przyłożył do lunety. Mężczyzna przeklął, po czym przetarł oczy. Szybko przyłożył oko z powrotem do urządzenia. Jednak widok, który ujrzał, był przerażający. Patrzył on teraz w jego stronę. On – arcyprorok. Choć miał na sobie pełny hełm, odnosił wrażenie, że twarz eldara skrzywiona jest w grymasie nienawiści. Czuł, jak jego wzrok przebija się przez jego psychikę. W pewnym momencie rzeka chaotycznych myśli zaczęła przepływać przez jego umysł. Mężczyzna odjął wzrok od lunety, wstał i złapał się za głowę.

- Zostaw mnie… Zostaw! Co robisz!? Nie tykaj mego umysłu, obcy psie!

Lament mężczyzny, choć odległy, był słyszalny dla tego, który zaatakował jego umysł. Jego ofiara zaczęła wyrywać sobie włosy z głowy. Potem biła się po głowie z całych sił wrzeszcząc. Jeden z eldarskich łowców podszedł do mistrza.

- Czy powinniśmy…?

- Nie. Jego męka zaraz się skończy – odpowiedział unosząc dłoń w majestacie godnym króla. Cierpiący przewrócił się o płaszcz narzucony wcześniej na plecy i zaczął zwijać się w bólu. Po chwili, nie mogąc wytrzymać, począł raz po raz uderzać głową w dach budynku. Cały czas wył i lamentował, błagał i przeklinał. Zaczął krwawić. Niewielkie rozcięcie zaczęło przeradzać się z każdym uderzeniem w coraz większy strumień krwi. Czerwona ciecz zalała w końcu jego czoło i twarz. Twarz o nieszczęsnym wyrazie. W końcu przestał się ruszać, a jego ciało otoczyła kałuża z krwi. Czarownicy i łowcy, wyposażeniu w karabiny snajperskie, przyglądali się beznamiętnie krwawemu przedstawieniu.

- Tak giną głupcy… – rzekł z odrobiną smutku w głosie – Jeśli mon-keigh będą nam stawać na drodze, nie spotkają się nawet z odrobiną litości! Sam wybrał ścieżkę śmierci. Młodzi przyjaciele, nie dajcie się zwieść uczuciom takim jak współczucie, gdyż to doprowadzi was do zguby. Musimy robić co do nas należy. A tym jest likwidowanie chaosu.

Wszyscy podwładni bez słowa opuścili głowy w geście szacunku dla słów mądrości wyższego rangą i starszego od siebie.

październik 26, 2007 Opublikował/a derriuz | S-F | | 3 komentarzy

Derriuz V: Początek nowego

Moment przebudzenia był chyba najpiękniejszą chwilą w jego życiu. Zdawało mu się, jakoby leżał na najwspanialszym z łoży królewskich, sam ubrany był w najlepsze ubrania z najdelikatniejszego materiału, pod głową miał poduszkę z ptasiego pierza, a na nim leżała kołdra, najlżejsza, a zarazem najcieplejsza na świecie.

Chłopiec nagle zgiął się w pół i kaszlnął, wypluwając tym samym kilka kropel krwi na chodnik. Ból to pierwsze, co przywróciło go ze świata marzeń. Następnie okazało się, że nie leżał na łożu, a wciąż na ulicy, na której go pozostawiono. Chłopak powoli uklęknął, dłońmi opierając się o bruk. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenia. Wiele spojrzeń, zbyt wiele. Większość pełna pogardy, inne płonęły nienawiścią w najczystszej postaci, jeszcze inne zawierały arogancję i wyższość. A niektóre wszystko to nosiły jednocześnie, patrząc na żałosnego dzieciaka.

Po kilku bardzo długich chwilach, i ciężkich zmaganiach z samym sobą, zdołał wreszcie stanąć o własnych siłach. Zachwiał się dwukrotnie, o mało co nie upadając na powrót, lecz zachował równowagę. Gdyby pozwolił sobie teraz upaść na powrót nie wstałby znów. Przynajmniej póki co.

Sam fakt, że stał, był godny podziwu postronnego obserwatora. Grymas na jego twarzy ujawniał jednak, że nie było to nic łatwego, że nie był to byle jaki wysiłek. Powoli uniósł lewą nogę i postawił ją nieco dalej. Natychmiast zauważył że nienaturalnie spuchła na wysokości łydki. Zignorował jednak ten fakt, sterczenie tu nie miało przyszłości, wiedział o tym doskonale. Czekanie bezczynnie na pomoc w tym miejscu byłoby najgłupszym czynem, jaki mógłby zrobić. Wśród drowich serc nie ma litości.

Zmógł się w sobie, by z i drugą nogą uczynić to samo, jednak w pół kroku paraliżujący ból nakazał mu, wbrew jego woli, rozluźnić wszystkie mięśnie nieszczęsnej lewej nogi, na której to stanął czyniąc kolejny krok. Ponownie upadł na ziemię. Był wściekły na matkę, na ojca, na brata i siebie samego. Narodziła się w jego głowie myśl, że to wszystko jego wina. Tak, to pewne, gdyby czegoś nie spieprzył po drodze dalej żyłby w domu. A może nawet by mu się powodziło. Coś robił nie tak, coś było z nim nie w porządku, skoro nie potrafił się przystosować do życia ze swymi pobratymcami. Zacisnął pięści i zamknął oczy krzywiąc się z nienawiści do wszystkich wokół i do samego siebie. Dlaczego? Za co? Czym sobie na to zasłużył? Różne myśli błądziły po jego umyśle wszystkie zmierzając w jednym kierunku. Przeznaczenie. Tak został stworzony. Wola bogów… A drowami opiekował się nie kto inny jak Lolth. Gdy doszedł do tego wniosku natychmiast setki przekleństw pojawiły się w jego umyśle, a wszystkie zaadresowane były do Pajęczej Królowej. To wszystko jej wina! To ona go takim stworzyła, a teraz odrzuca!

Ta cała nienawiść rosnąca z sekundy na sekundę w jego sercu nie była jednak czymś, co miało pozostać bez efektu. Wstał nadzwyczaj szybko, jak na wycieńczone, pobite i biczowane dziecko. Zaczął iść przed siebie. Szedł w miarę równym krokiem, jednak wciąż kulał. Inni wciąż obdarzali go przeróżnymi spojrzeniami, choć znacznie rzadziej. Jeśli któryś spojrzał na niego krzywo, ten natychmiast odpowiadał zimnym, przejmującym i błyszczącym od żądzy mordu wzrokiem. Kierował się w stronę biednych dzielnic. Coraz to mniej istot przemierzało uliczki i byli ubrani znacznie mniej wyszukanie niż tamci, którzy spacerowali w okolicy jego niedawnego domu. W pewnym momencie znalazł się sam na ulicy. Rozejrzał się niepewnie wokół szukając kogoś, kogokolwiek, kto choćby tędy przechodził. Na próżno. Niepokoił go fakt, że nikt tu nie zagląda, nawet jeśli mowa o znienawidzonych przez niego istotach. Skręcił w jeden z zaułków, ciasny wylot między budynkami. Światło tu nie docierało, więc musiał zamrugać kilkakrotnie, nim przyzwyczaił się do mroku. Coś ujrzał. Wśród stert śmieci ktoś leżał, a przypominał mu jednego z drowów. Szybko zorientował się jednak, że to nie żaden drow, a powierzchniowy elf. Pewnie czyjś niewolnik, pomyślał. Jego zwłoki wyglądały paskudnie. Ciało było całe w plamach, a jego jedynym okryciem był kawałek szmaty. Coś co ich łączyło. Nie było wątpliwości, że znalezisko Derriuza było martwe. Głównym powodem, dla którego można by tak myśleć był smród wydobywający się z jego ciała. Smród gnicia. Jego “ubranie” ubrudzone było w jego własnych odchodach, więc, jak sądził, umarł z powodu jakiejś choroby i zapewne cierpiał. Niemal zaczął współczuć niegdysiejszemu towarzyszowi w niedoli, ale zaraz zreflektował się. “Przecież to istota z powierzchni!” W pewnym momencie ujrzał, że owa istota trzyma coś w dłoni. Zbliżył się i odebrał nieboszczykowi ów przedmiot, który okazał się być kawałkiem czerstwego pieczywa. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie on właśnie być przyczyną śmierci elfa, ale po chwili stwierdził, że to niemożliwe, to… Stworzenie było za słabe jak na warunki tutaj panujące i musiał zginąć. Pokiwał głową w uznaniu dla własnych myśli i natychmiast ugryzł kawałek swojego nowo zdobytego posiłku. Smakował jak coś pomiędzy papierem umoczonym uryną, a cegłą umazaną czymś wyjątkowo śmierdzącym. Mimo to posilił się, nie miał wielkiego wyboru, a następnie udał się na spoczynek. Sen dobrze mu zrobi…

październik 23, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy | | 11 komentarzy

Derriuz IV: Wygnanie

Zdołał wymierzyć sześćdziesiąt trzy uderzenie, nim jego ramię opadło z sił. Na koniec kazał go odpiąć. Gdy jego ofiara bezwładnie padła na ziemię, wymierzył mu kilka solidnych kopnięć w brzuch. Biorąc pod uwagę ciężkie buty, które właśnie nosił młodzieniec (zdawałoby się, że właśnie na tą okazję), nie mogło to być zbyt przyjemne przeżycie. Następnie dwóch barczystych mężczyzn wzięło pobitego chłopca za ramię i zaczęło go ciągnąć przez niekończące korytarze. Jak przez mgłę niewinny młodzieniec dojrzał drzwi na końcu jednego z nich. Zbliżali się do nich nieuchronnie, a gdy w końcu doń dotarli – mężczyźni otworzyli je i, dosłownie, wyrzucili młodego drowa poza teren posiadłości, by natychmiast zamknąć je z powrotem. Próbował pójść przed siebie. Potknął się jednak już przy pierwszym, chwiejnym kroku i upadł. Zaczął więc pełznąć, jak niemowlę. W końcu i na to sił mu nie starczyło. Upadł twarzą na bruk ulicy i podczołgał się jeszcze pół metra, by zaraz zemdleć na środku ulicy, ściskając w dłoni przeklęty amulet. Znak przynależności do rodu.

październik 23, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy | | Nie ma jeszcze komentarzy

Derriuz III: Winowajca

- Matko… – przed skromnym tronem Khae’thel klęczał jej syn, Hieron. Młodzieniec spuścił pokornie wzrok. Odziany był w prostą skórzaną zbroję, a jego plecy osłaniał płaszcz. Do pasa, klatki piersiowej i ramion poprzyczepiane miał najróżniejsze ostrza służące do różnych celów. Od najzwyklejszych sztyletów, aż po fantazyjne noże do rzucania.

– Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywał. Czy powiodło się zadanie, które ci powierzyłam? – kobieta mierzyła go zimnym spojrzeniem. Sprawiała wrażenie nieziemsko pięknej, gdy siedziała tam, na podwyższeniu zarezerwowanym jedynie dla niej.

– Tak, pani… Odnalazłem niewolnika i przyprowadziłem go. Właśnie otrzymuje należną mu karę. – gdyby jego ‘przyjaciel’ i sługa, pomocnik w tej misji, któremu młodzieniec zawdzięcza fakt odnalezienia nieposłusznego gnoma, usłyszał te słowa, bez wątpienia zechciałby otwarcie wyzwać go na pojedynek, niezależnie od tego czy jest synem jego pani, czy nie.

– Świetnie – rzekła cicho, nieco sykliwym głosem, lecz była wyraźnie zadowolona, o czym świadczył lekki uśmiech na jej twarzy – A co z twoim bratem?

– Słyszałem, że znów coś potłukł. Chyba jeden z twoich ulubionych kielichów, pani… – chłopiec opuścił pokornie głowę.

– Niech będzie przeklęte to bezużyteczne ścierwo! – syknęła, a na jej twarz wstąpił wściekły grymas. Przez chwilę wpatrywała się w postać młodzieńca u jej stóp – Ty nie masz się czego obawiać. W przeciwieństwie do tamtego wyrzutka. – chłopiec powoli podniósł na nią wzrok pełen szacunku.

– Każ go wychłostać, zedrzeć z niego co kosztowniejsze ubrania. Najlepiej niech zostawią go w samej przepasce biodrowej. Potem niech wyrzucą go na ulicę i nie wpuszczają więcej do budynku. Ach, i jeszcze niech nałożą przekleństwo na jego amulet.

– Tak, pani.

– Jeśli chcesz, możesz osobiście dzierżyć bicz. Tylko upewnij się, że nie otrzyma mniej niż czterdzieści batów. – młodzieniec skłonił głowę, wstał i ukłonił się nisko kobiecie, po czym wyszedł z sali. Jak to dobrze, że zawsze jest na kogo zwalić winę, pomyślał. Sam zostałby wygnany, gdyby wyszło na jaw, że to on stłukł kielich… I ten nieudacznik dostałby wszystko! Niedoczekanie! Za ciężko pracował, by zdobyć zaufanie swej pani, by teraz pozwolić, by jakiś nic nie znaczący, bezużyteczny śmieć mu to odebrał.

październik 23, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy, Uncategorized | | Nie ma jeszcze komentarzy

Derriuz II: Narodziny

Dziecięcy płacz rozdzierał powietrze sypialni i, doprawdy, niezmiernie drażnił matkę owych maluchów. Była wściekła. Nie dość, że zaszła w ciążę, to jeszcze musiała przejść ból narodzin. I to dwukrotnie! A wszystko przez tego niewolnika. Ściskała bicz w dłoni, mierząc mężczyznę, który był wszystkiemu winien, wściekłym spojrzeniem. Gdyby spojrzenie mogło zabijać – …tak, leżałby martwy, ale świat nie jest taki piękny. Pomęczy się jeszcze. Jeszcze długo się pomęczy, nim dane mu będzie skonać. O tak, już ona o to zadba.

Przeniosła, teraz już zimne spojrzenie na dwóch synów, którymi właśnie opiekowała się jej niewolnica. Przez jej twarz przemknął uśmiech przesycony okrucieństwem. Po chwili znów wpadła w furię i spojrzała na ‘tego mężczyznę’. Wstała z łoża i podeszła do drowa, który na jej rozkaz został przykuty do szafy w jej pokoju sypialnianym. Garbił się teraz. Jedyne co miał na sobie to przepaska biodrowa, a całe jego, niegdyś doskonale wyrzeźbione ciało, naznaczone było dziesiątkami uderzeń bata. Choć był odwrócony tyłem, z drugiego końca jej skromnej posiadłości można było wyczuć jego strach. Kulił się drżał, niczym zbity pies, oczekujący kolejnej kary. Ten widok radował ją, ale nie mogła dać tego po sobie poznać.

– Podejdź tu. – powiedziała spokojnym, ale stanowczym głosem do kobiety – Niech patrzą. Niech wiedzą co ich czeka za niesubordynację. – jej oczy zwęziły się. Druga kobieta bez najmniejszego protestu podeszła do ich obojga. Dzieci wciąż płakały.

Umięśniona ręka Khae’thel uniosła się wysoko i, zdawałoby się, zamarła na wieczność w tej majestatycznej pozie. Bat zagrał wysoki dźwięk, przecinając powietrze i w końcu dało się słyszeć uderzenie, a zaraz po nim rozpaczliwy krzyk bólu. Drowka poczuła przypływ rozkoszy. Bez chwili namysłu znów uniosła rękę i uderzyła ponownie. Stała tak blisko, że krew bryznęła jej na policzek. To uradowało ją jeszcze bardziej i pozwoliła sobie na niewielki, przelotny uśmieszek. Zaczęła chłostać coraz szybciej i szybciej. Do krzyków mężczyzny dołączył szloch, a dzieci zamilkły, patrząc na ten akt okrucieństwa. Z każdym zamachem mężczyzna był coraz bardziej szpetny, coraz słabszy i coraz mniej użyteczny.

Ile to trwało? Ciężko policzyć, ale dla obojga była to wieczność, jednak z dwóch zupełnie odmiennych powodów. W końcu mężczyzna padł na kolana. Oczywiście, nie wzbudziło to w kobiecie litości. Wymachiwała okrutnie biczem, jakby zamierzała go ukarać za grzechy wszystkich istot na świecie. Jego plecy już nie przypominały tego, czym pierwotnie były. Wyglądały raczej jak zakrwawiony kawałek mięsa czekający, aż rzeźnik pokroi je na ładne kawałki, posoli i wrzuci do beczki, by nie gnił, lub od razu da klientowi. Opadł w końcu z sił i zemdlał, a ciszę, która zapanowała w niemal całej posiadłości rodu, raz po raz przerywał świst bata.

październik 23, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy, Uncategorized | | Nie ma jeszcze komentarzy

Derriuz I: Wstęp

Podmrok. Dom wielu istot. Jego podziemia zamieszkiwane są przez najróżniejsze gatunki, jak na przykład gnomy głębinowe. Żyją tu również drowy, bardziej już znane na świecie, z okrucieństwa i nienawiści, których boi się niemal każdy, wiedzący o ich istnieniu. Draix jest jednym z większych miast osiedlonych przez te zachwycające istoty. Tutaj również swą siedzibę miał niewielki ród, który zwał się Kal’ro. Był tylko jeden inny ród, który był mu podporządkowany – najmłodszy ród w mieście, bo liczący zaledwie czterysta lat, Inn’asse.

I tak się stało, że narodziły się bliźnięta. Jednemu przepowiadano świetlaną przyszłość, drugiemu zaś hańbę i wstyd po wsze czasy. Pierwszy wieść miał życie pełne zwycięstw i podbojów, drugi zaś – porażek i chwil bliskich śmierci.

październik 23, 2007 Opublikował/a derriuz | Derriuz, Fantasy | | Nie ma jeszcze komentarzy