Nic wielkiego – czyli 'twórczość'

Derriuz VII: Nieznajomy

Młodzieniec szedł w dół uliczki wyraźnie uradowany. Szczerzył zęby, w prawej dłoni trzymając zielony owoc. Kramarz nazwał go “jabłko”. Mówił też, że jest sprowadzone z powierzchni i w przeciwieństwie do innych rzeczy pochodzących stamtąd jest wspaniały. Chłopiec rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię, upewniając się, że wściekły chudzielec nie goni jego skromnej osoby. I nie gonił, ku radości młodego drowa. Zatopił zęby w owocu i rzeczywiście “jabłko” okazał się być wyśmienity. Gdyby nie udało mu się zdobyć białej, nieco poszarpanej ale w całkiem znośnym stanie, koszuli i podobnie zaniedbanych, lecz brązowych spodni, nie mógłby spokojnie spacerować teraz ulicami zwykłych mieszkańców. Czuł się lepiej, już nie jak wyrzutek, ale ktoś godny nazywania go pełnoprawnym obywatelem. Mało który przechodzień zwracał na niego uwagę, a jeśli już się to zdarzyło, to przyglądał się jabłku, nie samemu złodziejowi. Szeroki uśmiech nie znikał z twarzy Derriuza, a wręcz przeciwnie – poszerzał się wraz z każdym kolejnym chrupnięciem soczystego, słodkiego miąższu w jego ustach.

Z jednej z uliczek wyszedł tuż przed nim mężczyzna. Nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie fakt, że odziany był w szaty a u pasa miał uwiązaną pękatą sakiewkę, zapewne wypełnioną radośnie pobrzękującym złotem. Chłopak szybko schował jabłko do kieszeni i ukrył się w cieniu za rogiem jednego z budynków, obserwując przechodnia. Po chwili znów dołączył do innych uczestników ruchu chodnikowego. Musiał się nieźle postarać, przy swych krótkich nogach, by iść nieco szybciej niż mężczyzna w dodatku zachowując się przy tym najciszej, jak się tylko da i wyglądać w miarę naturalnie. Rzeczywiście, szedł niemal bezszelestnie, a ów szelest, który wydawał, skutecznie zagłuszał gwar panujący wokół. Chłopiec znalazł się tuż za plecami mężczyzny. Zwinął się jak sprężyna i wyskoczył do biegu z niesamowitą, dziecięcą zwinnością. Prawą ręką wyciągnął nożyk i zaraz w lewej ręce trzymał sakwę. Była ciężka, jak na jego wątłe mięśnie, ale nie miał zamiaru się łatwo poddać. W mgnieniu oka odciął sznurek przytrzymujący sakwę, jednak gdy już stawiał kolejny krok i tylko jeden jeszcze miał wyprowadzić go na bezpieczną odległość poczuł, jak czyjaś dłoń z wielką siłą zaciska się na jego lewym nadgarstku. O mało co nie jęknął z bólu, ale zaraz obrócił się przodem do niedoszłej ofiary i biorąc zamach nożykiem, kiedy taki sam uścisk poczuł na drugim nadgarstku, lecz tym razem mocniejszy. Wypuścił karykaturę broni, która z brzękiem podskoczyła na kamiennym chodniku. Chłopiec krzyknął raz krótko i szarpnął się dwukrotnie. Na marne. Krzyknął głośniej i dłużej, ale nagle zaparło mu dech. Silne uderzenie kolana mężczyzny w jego wątły brzuch nie tylko przerwało rozpaczliwe wołanie o pomoc, ale przewróciło go na chodnik, gdy mężczyzna go puścił. Derriuz łupnął głową o kamień i przez chwilę odzyskiwał świadomość sytuacji. W końcu podniósł się do pozycji siedzącej i pełznąć w przeciwnym kierunku, byle dalej od nieznajomego, wyciągnął w jego kierunku ręce.

- Nie dotykaj mnie! – zawołał chłopiec rozpaczliwie. Z jego dłoni wydostał się płomień, który wściekle skoczył na obcego, lecz nie dosięgnął go. Zniknął w jaskrawoniebieskim błysku dwadzieścia centymetrów od jego twarzy. Chłopięce oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Począł przyglądać się swym przypalonym dłoniom. Sam nie rozumiał co się właśnie stało, za cholerę nie mógł, gdy przyglądał się swoim osmalonym palcom. Mężczyzna też musiał być zdziwiony, ale zaraz przywołał na powrót poważne, surowe spojrzenie na swe oblicze.

- Widzę, żeś jest zdolnym młodzieńcem. Zapomnę, co żeś próbował przed chwilą uczynić, jeśli zostaniesz mym uczniem. Uczeń w dzisiejszych czasach to cenny towar. Nadajesz się, jak nikt inny i nie mówię tu o Twych zdolnościach. Przypominasz mi mnie samego – po tych słowach, wypowiedzianych wyrachowanym tonem sędziego, nakazującego katowi opuścić ostrze gilotyny, pochylił się ku chłopcu i wyciągnął ku niemu dłoń. Chłopiec słabo widział, nie mógł dostrzec twarzy rozmówcy, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji. Dolegliwości musiały być wynikiem silnego uderzenia. Cud, że nie zemdlał. Czuł jednak, jak strużka krwi cieknie mu spomiędzy włosów prosto na kark i brudzi jego, dotąd białą, koszulę.

- To jak będzie?

Grudzień 16, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy | 2 komentarzy

Derriuz VI: Złodziej złodzieja okrada

Po pobudce czuł się świeżo, rześko. Miał wrażenie, jakby mógł przenosić góry. Była to jednak ułuda, o czym przekonał się, gdy spróbował wstać ze sterty śmieci. Noga nie miała się najlepiej, ale mógł całkiem sprawnie się z nią poruszać, gdy się oswoił z bólem. Spojrzał na swoje dłonie, ramiona, tułów… Był brudny. Z początku próbował się jakoś wytrzeć, jednak na darmo. I tak się zabrudzę, pomyślał. Czuł nieznośny głód i musiał jakoś zdobyć pożywienie. Podszedł do większej sterty i począł w niej grzebać. Zajęło mu to sporo czasu, nim zdołał znaleźć coś interesującego. Pierwszym przedmiotem wartym uwagi był spory, podarty płaszcz. Narzucił go niedbale na plecy. Był pobrudzony i śmierdział, ale przynajmniej nie był nagi. W najlepszym wypadku mógł uchodzić za jednego z biedniejszych mieszkańców, w najgorszym za dziecięcego włóczęgę. Uśmiechnął się ponuro do siebie, gdy spoglądał na ręce opatulone płaszczem. Westchnął i wrócił do poszukiwań. Tym razem upłynęło więcej czasu, ale udało mu się coś odnaleźć. Był to… Widelec. Zardzewiały, ale wciąż ostry. Schował swój ‘nowy oręż’ pod strzępy płaszcza i powolnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia z ślepego zaułka. Wyjrzał zza rogu. Nie dostrzegł nikogo. Rad był z tego powodu, a czemu to chyba nie muszę tłumaczyć. Wyszedł na ulice i począł powolnym krokiem iść w dół, tam, gdzie ulice jeszcze biedniejsze.

Po pewnym czasie natrafił na niewielki ruch uliczny. Pojedynczy stragan stał przy ulicy. Stragan z żywnością. Trudno się nie domyślić jak dobrze chłopak poczuł się na ten widok. Przyglądał się rosłemu mężczyźnie, układającemu uważnie co ładniejsze okazy ze swojej kolekcji na widoku. Te gorsze zapewne chował pod ladą, coby pozory zachować, że sprzedawca porządnym towarem handluje. Młody drow nie myślał nawet o tym. Czekał ukryty we wnęce w ścianie pobliskiego budynku, aż mężczyzna odejdzie na moment od jedzenia, by mógł wziąć choć bułeczkę, choć kawałek mięsa… Tak, tego pragnął w tej chwili najbardziej. Porządnego posiłku składającego się głównie z soczystego mięsiwa. Jakiś chudy starszy mężczyzna podszedł do rosłego sprzedawcy. Na to czekał młody złodziej. Gdy tylko kupiec odwrócił się plecami do ulicy, młodzieniec ruszył w tamtą stronę. Gdy dotarł do straganu, pospiesznym ruchem ściągnął z niego spory kawałek mięsa i schował pod płaszcz. Drugą ręką już ściskał zardzewiały widelec pod płaszczem, żeby w razie potrzeby mógł się obronić. Zrobił się niezwykle nerwowy. Przyspieszył kroku, próbując się nieco uspokoić, ale nic nie mogło pomóc obawie, że zaraz cios potężnej łapy spadnie na jego plecy. Ciarki przeszło po nim i aż się wzdrygnął. Nie nastąpiło jednak to, czego się spodziewał. W spokoju oddalił się na sporą odległość i dopiero wtedy pozwoli sobie spokojnie odetchnąć. Spojrzał za siebie, czy aby nikt go nie śledzi i pobiegł okrężną drogą z powrotem do swojego pierwotnego schronienia. Gdy wrócił już do zaułka rozejrzał się raz jeszcze nerwowo i gdy był już pewien, że jest sam, wyciągnął kawałek mięsa spod płaszcza. Coś gwałtownie poruszyło się wśród śmieci i drow usłyszał nienaturalnie głośny pisk jakiegoś gryzonia. Tak się przeraził, że upuścił mięso, a prawą ręką sięgał już po zardzewiały widelec. Nie trzeba było długo czekać, by wiadomo było cóż to za stworzenie dzieli z nim schronienie. Przerośnięty szczur podbiegł do ochłapu i złapał zań zębami. Chłopiec próbował dźgnąć zwierzę widelcem, jednak nie zdążył, bo tamten dawno umknął z powrotem do swej kryjówki. W akcie desperacji młodzieniec rzucił się na kolana u wylotu w śmieciach. Począł przerzucać je jedno po drugim, najwyraźniej chcąc dokopać się do złodzieja. Na próżno jednak. Gdy jego ramiona zmęczyły się oparł się o stertę i zaniósł się płaczem.

Listopad 13, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy | 1 komentarz

Derriuz V: Początek nowego

Moment przebudzenia był chyba najpiękniejszą chwilą w jego życiu. Zdawało mu się, jakoby leżał na najwspanialszym z łoży królewskich, sam ubrany był w najlepsze ubrania z najdelikatniejszego materiału, pod głową miał poduszkę z ptasiego pierza, a na nim leżała kołdra, najlżejsza, a zarazem najcieplejsza na świecie.

Chłopiec nagle zgiął się w pół i kaszlnął, wypluwając tym samym kilka kropel krwi na chodnik. Ból to pierwsze, co przywróciło go ze świata marzeń. Następnie okazało się, że nie leżał na łożu, a wciąż na ulicy, na której go pozostawiono. Chłopak powoli uklęknął, dłońmi opierając się o bruk. Podniósł wzrok i napotkał spojrzenia. Wiele spojrzeń, zbyt wiele. Większość pełna pogardy, inne płonęły nienawiścią w najczystszej postaci, jeszcze inne zawierały arogancję i wyższość. A niektóre wszystko to nosiły jednocześnie, patrząc na żałosnego dzieciaka.

Po kilku bardzo długich chwilach, i ciężkich zmaganiach z samym sobą, zdołał wreszcie stanąć o własnych siłach. Zachwiał się dwukrotnie, o mało co nie upadając na powrót, lecz zachował równowagę. Gdyby pozwolił sobie teraz upaść na powrót nie wstałby znów. Przynajmniej póki co.

Sam fakt, że stał, był godny podziwu postronnego obserwatora. Grymas na jego twarzy ujawniał jednak, że nie było to nic łatwego, że nie był to byle jaki wysiłek. Powoli uniósł lewą nogę i postawił ją nieco dalej. Natychmiast zauważył że nienaturalnie spuchła na wysokości łydki. Zignorował jednak ten fakt, sterczenie tu nie miało przyszłości, wiedział o tym doskonale. Czekanie bezczynnie na pomoc w tym miejscu byłoby najgłupszym czynem, jaki mógłby zrobić. Wśród drowich serc nie ma litości.

Zmógł się w sobie, by z i drugą nogą uczynić to samo, jednak w pół kroku paraliżujący ból nakazał mu, wbrew jego woli, rozluźnić wszystkie mięśnie nieszczęsnej lewej nogi, na której to stanął czyniąc kolejny krok. Ponownie upadł na ziemię. Był wściekły na matkę, na ojca, na brata i siebie samego. Narodziła się w jego głowie myśl, że to wszystko jego wina. Tak, to pewne, gdyby czegoś nie spieprzył po drodze dalej żyłby w domu. A może nawet by mu się powodziło. Coś robił nie tak, coś było z nim nie w porządku, skoro nie potrafił się przystosować do życia ze swymi pobratymcami. Zacisnął pięści i zamknął oczy krzywiąc się z nienawiści do wszystkich wokół i do samego siebie. Dlaczego? Za co? Czym sobie na to zasłużył? Różne myśli błądziły po jego umyśle wszystkie zmierzając w jednym kierunku. Przeznaczenie. Tak został stworzony. Wola bogów… A drowami opiekował się nie kto inny jak Lolth. Gdy doszedł do tego wniosku natychmiast setki przekleństw pojawiły się w jego umyśle, a wszystkie zaadresowane były do Pajęczej Królowej. To wszystko jej wina! To ona go takim stworzyła, a teraz odrzuca!

Ta cała nienawiść rosnąca z sekundy na sekundę w jego sercu nie była jednak czymś, co miało pozostać bez efektu. Wstał nadzwyczaj szybko, jak na wycieńczone, pobite i biczowane dziecko. Zaczął iść przed siebie. Szedł w miarę równym krokiem, jednak wciąż kulał. Inni wciąż obdarzali go przeróżnymi spojrzeniami, choć znacznie rzadziej. Jeśli któryś spojrzał na niego krzywo, ten natychmiast odpowiadał zimnym, przejmującym i błyszczącym od żądzy mordu wzrokiem. Kierował się w stronę biednych dzielnic. Coraz to mniej istot przemierzało uliczki i byli ubrani znacznie mniej wyszukanie niż tamci, którzy spacerowali w okolicy jego niedawnego domu. W pewnym momencie znalazł się sam na ulicy. Rozejrzał się niepewnie wokół szukając kogoś, kogokolwiek, kto choćby tędy przechodził. Na próżno. Niepokoił go fakt, że nikt tu nie zagląda, nawet jeśli mowa o znienawidzonych przez niego istotach. Skręcił w jeden z zaułków, ciasny wylot między budynkami. Światło tu nie docierało, więc musiał zamrugać kilkakrotnie, nim przyzwyczaił się do mroku. Coś ujrzał. Wśród stert śmieci ktoś leżał, a przypominał mu jednego z drowów. Szybko zorientował się jednak, że to nie żaden drow, a powierzchniowy elf. Pewnie czyjś niewolnik, pomyślał. Jego zwłoki wyglądały paskudnie. Ciało było całe w plamach, a jego jedynym okryciem był kawałek szmaty. Coś co ich łączyło. Nie było wątpliwości, że znalezisko Derriuza było martwe. Głównym powodem, dla którego można by tak myśleć był smród wydobywający się z jego ciała. Smród gnicia. Jego “ubranie” ubrudzone było w jego własnych odchodach, więc, jak sądził, umarł z powodu jakiejś choroby i zapewne cierpiał. Niemal zaczął współczuć niegdysiejszemu towarzyszowi w niedoli, ale zaraz zreflektował się. “Przecież to istota z powierzchni!” W pewnym momencie ujrzał, że owa istota trzyma coś w dłoni. Zbliżył się i odebrał nieboszczykowi ów przedmiot, który okazał się być kawałkiem czerstwego pieczywa. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie on właśnie być przyczyną śmierci elfa, ale po chwili stwierdził, że to niemożliwe, to… Stworzenie było za słabe jak na warunki tutaj panujące i musiał zginąć. Pokiwał głową w uznaniu dla własnych myśli i natychmiast ugryzł kawałek swojego nowo zdobytego posiłku. Smakował jak coś pomiędzy papierem umoczonym uryną, a cegłą umazaną czymś wyjątkowo śmierdzącym. Mimo to posilił się, nie miał wielkiego wyboru, a następnie udał się na spoczynek. Sen dobrze mu zrobi…

Październik 23, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy | 11 komentarzy

Derriuz IV: Wygnanie

Zdołał wymierzyć sześćdziesiąt trzy uderzenie, nim jego ramię opadło z sił. Na koniec kazał go odpiąć. Gdy jego ofiara bezwładnie padła na ziemię, wymierzył mu kilka solidnych kopnięć w brzuch. Biorąc pod uwagę ciężkie buty, które właśnie nosił młodzieniec (zdawałoby się, że właśnie na tą okazję), nie mogło to być zbyt przyjemne przeżycie. Następnie dwóch barczystych mężczyzn wzięło pobitego chłopca za ramię i zaczęło go ciągnąć przez niekończące korytarze. Jak przez mgłę niewinny młodzieniec dojrzał drzwi na końcu jednego z nich. Zbliżali się do nich nieuchronnie, a gdy w końcu doń dotarli – mężczyźni otworzyli je i, dosłownie, wyrzucili młodego drowa poza teren posiadłości, by natychmiast zamknąć je z powrotem. Próbował pójść przed siebie. Potknął się jednak już przy pierwszym, chwiejnym kroku i upadł. Zaczął więc pełznąć, jak niemowlę. W końcu i na to sił mu nie starczyło. Upadł twarzą na bruk ulicy i podczołgał się jeszcze pół metra, by zaraz zemdleć na środku ulicy, ściskając w dłoni przeklęty amulet. Znak przynależności do rodu.

Październik 23, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy | Dodaj komentarz

Derriuz III: Winowajca

- Matko… – przed skromnym tronem Khae’thel klęczał jej syn, Hieron. Młodzieniec spuścił pokornie wzrok. Odziany był w prostą skórzaną zbroję, a jego plecy osłaniał płaszcz. Do pasa, klatki piersiowej i ramion poprzyczepiane miał najróżniejsze ostrza służące do różnych celów. Od najzwyklejszych sztyletów, aż po fantazyjne noże do rzucania.

– Mówiłam ci, żebyś mnie tak nie nazywał. Czy powiodło się zadanie, które ci powierzyłam? – kobieta mierzyła go zimnym spojrzeniem. Sprawiała wrażenie nieziemsko pięknej, gdy siedziała tam, na podwyższeniu zarezerwowanym jedynie dla niej.

– Tak, pani… Odnalazłem niewolnika i przyprowadziłem go. Właśnie otrzymuje należną mu karę. – gdyby jego ‘przyjaciel’ i sługa, pomocnik w tej misji, któremu młodzieniec zawdzięcza fakt odnalezienia nieposłusznego gnoma, usłyszał te słowa, bez wątpienia zechciałby otwarcie wyzwać go na pojedynek, niezależnie od tego czy jest synem jego pani, czy nie.

– Świetnie – rzekła cicho, nieco sykliwym głosem, lecz była wyraźnie zadowolona, o czym świadczył lekki uśmiech na jej twarzy – A co z twoim bratem?

– Słyszałem, że znów coś potłukł. Chyba jeden z twoich ulubionych kielichów, pani… – chłopiec opuścił pokornie głowę.

– Niech będzie przeklęte to bezużyteczne ścierwo! – syknęła, a na jej twarz wstąpił wściekły grymas. Przez chwilę wpatrywała się w postać młodzieńca u jej stóp – Ty nie masz się czego obawiać. W przeciwieństwie do tamtego wyrzutka. – chłopiec powoli podniósł na nią wzrok pełen szacunku.

– Każ go wychłostać, zedrzeć z niego co kosztowniejsze ubrania. Najlepiej niech zostawią go w samej przepasce biodrowej. Potem niech wyrzucą go na ulicę i nie wpuszczają więcej do budynku. Ach, i jeszcze niech nałożą przekleństwo na jego amulet.

– Tak, pani.

– Jeśli chcesz, możesz osobiście dzierżyć bicz. Tylko upewnij się, że nie otrzyma mniej niż czterdzieści batów. – młodzieniec skłonił głowę, wstał i ukłonił się nisko kobiecie, po czym wyszedł z sali. Jak to dobrze, że zawsze jest na kogo zwalić winę, pomyślał. Sam zostałby wygnany, gdyby wyszło na jaw, że to on stłukł kielich… I ten nieudacznik dostałby wszystko! Niedoczekanie! Za ciężko pracował, by zdobyć zaufanie swej pani, by teraz pozwolić, by jakiś nic nie znaczący, bezużyteczny śmieć mu to odebrał.

Październik 23, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy, Uncategorized | Dodaj komentarz

Derriuz II: Narodziny

Dziecięcy płacz rozdzierał powietrze sypialni i, doprawdy, niezmiernie drażnił matkę owych maluchów. Była wściekła. Nie dość, że zaszła w ciążę, to jeszcze musiała przejść ból narodzin. I to dwukrotnie! A wszystko przez tego niewolnika. Ściskała bicz w dłoni, mierząc mężczyznę, który był wszystkiemu winien, wściekłym spojrzeniem. Gdyby spojrzenie mogło zabijać – …tak, leżałby martwy, ale świat nie jest taki piękny. Pomęczy się jeszcze. Jeszcze długo się pomęczy, nim dane mu będzie skonać. O tak, już ona o to zadba.

Przeniosła, teraz już zimne spojrzenie na dwóch synów, którymi właśnie opiekowała się jej niewolnica. Przez jej twarz przemknął uśmiech przesycony okrucieństwem. Po chwili znów wpadła w furię i spojrzała na ‘tego mężczyznę’. Wstała z łoża i podeszła do drowa, który na jej rozkaz został przykuty do szafy w jej pokoju sypialnianym. Garbił się teraz. Jedyne co miał na sobie to przepaska biodrowa, a całe jego, niegdyś doskonale wyrzeźbione ciało, naznaczone było dziesiątkami uderzeń bata. Choć był odwrócony tyłem, z drugiego końca jej skromnej posiadłości można było wyczuć jego strach. Kulił się drżał, niczym zbity pies, oczekujący kolejnej kary. Ten widok radował ją, ale nie mogła dać tego po sobie poznać.

– Podejdź tu. – powiedziała spokojnym, ale stanowczym głosem do kobiety – Niech patrzą. Niech wiedzą co ich czeka za niesubordynację. – jej oczy zwęziły się. Druga kobieta bez najmniejszego protestu podeszła do ich obojga. Dzieci wciąż płakały.

Umięśniona ręka Khae’thel uniosła się wysoko i, zdawałoby się, zamarła na wieczność w tej majestatycznej pozie. Bat zagrał wysoki dźwięk, przecinając powietrze i w końcu dało się słyszeć uderzenie, a zaraz po nim rozpaczliwy krzyk bólu. Drowka poczuła przypływ rozkoszy. Bez chwili namysłu znów uniosła rękę i uderzyła ponownie. Stała tak blisko, że krew bryznęła jej na policzek. To uradowało ją jeszcze bardziej i pozwoliła sobie na niewielki, przelotny uśmieszek. Zaczęła chłostać coraz szybciej i szybciej. Do krzyków mężczyzny dołączył szloch, a dzieci zamilkły, patrząc na ten akt okrucieństwa. Z każdym zamachem mężczyzna był coraz bardziej szpetny, coraz słabszy i coraz mniej użyteczny.

Ile to trwało? Ciężko policzyć, ale dla obojga była to wieczność, jednak z dwóch zupełnie odmiennych powodów. W końcu mężczyzna padł na kolana. Oczywiście, nie wzbudziło to w kobiecie litości. Wymachiwała okrutnie biczem, jakby zamierzała go ukarać za grzechy wszystkich istot na świecie. Jego plecy już nie przypominały tego, czym pierwotnie były. Wyglądały raczej jak zakrwawiony kawałek mięsa czekający, aż rzeźnik pokroi je na ładne kawałki, posoli i wrzuci do beczki, by nie gnił, lub od razu da klientowi. Opadł w końcu z sił i zemdlał, a ciszę, która zapanowała w niemal całej posiadłości rodu, raz po raz przerywał świst bata.

Październik 23, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy, Uncategorized | Dodaj komentarz

Derriuz I: Wstęp

Podmrok. Dom wielu istot. Jego podziemia zamieszkiwane są przez najróżniejsze gatunki, jak na przykład gnomy głębinowe. Żyją tu również drowy, bardziej już znane na świecie, z okrucieństwa i nienawiści, których boi się niemal każdy, wiedzący o ich istnieniu. Draix jest jednym z większych miast osiedlonych przez te zachwycające istoty. Tutaj również swą siedzibę miał niewielki ród, który zwał się Kal’ro. Był tylko jeden inny ród, który był mu podporządkowany – najmłodszy ród w mieście, bo liczący zaledwie czterysta lat, Inn’asse.

I tak się stało, że narodziły się bliźnięta. Jednemu przepowiadano świetlaną przyszłość, drugiemu zaś hańbę i wstyd po wsze czasy. Pierwszy wieść miał życie pełne zwycięstw i podbojów, drugi zaś – porażek i chwil bliskich śmierci.

Październik 23, 2007 Posted by | Derriuz, Fantasy | Dodaj komentarz

Athairri VI: “Czy to iluzja, czy rzeczywistość?”

Nie minęło wiele czasu, od opuszczenia wioski, a cień zaczynał zalegać w dolinie nieopodal, by zaraz przelać się na cały świat. Tak się więc stało, że wkrótce ogarnął i las. Grupka wędrowców próbowała stłumić niepokój szybkim marszem.
- Czyżbyśmy tak długo zamarudziliśmy w wiosce? – zapytał elf ze zdziwieniem.
- Gdybyś nie ubzdurał se, by tego – wskazał na drżącego ze strachu towarzysza – dołączyć do kompanii to bylibyśmy na kolejnej przystani!
- T-to nieprawda! T-to T-t-twoooja w-wina! T-to przez ciebie c-cały dzień sz-szukaliśmy jakiegoś g-głupiego k-kowala! Mówiliśmy ci, że t-twój młot j-jest w d-doskonałym s-stanie – z trudem wypluł niziołek.
- Nie szczekaj tyle, bo ten młotek zmieni cię w plamkę krwi! – zagroził wskazując na broń z groźną miną. Niski człowieczek aż odskoczył z przerażenia.
- Przestań! – krzyknął na krasnoluda. Pierwszy raz zobaczyli go zezłoszczonym. Jego wyraz twarzy był przejmujący, i trzeba by być niespełna rozumu, by mu się przeciwstawić, a przynajmniej nie uwierzyć w to, że mówi poważnie. Był czymś zaniepokojony. To coś było w tym lesie i on to wiedział. Ale co?
- To nie czas na głupie sprzeczki! Coś w tym miejscu jest nie tak, martwi mnie to. Te drzewa… W ogóle nie emanują życiem. To jest przerażające. Jak spacer na cmentarzu… Który winien być głównym placem – w tym momencie po plecach wszystkich przeszły ciarki. Dało się słyszeć jak “kurdupel” – jak go nazywał Ghardhrir, przełknął głośno ślinę. Kilka kolejnych garści piachu przesypało się w klepsydrze a atramentowa ciemność na dobre znalazła swe miejsce wśród konarów drzew. Księżyc się nie pojawił tej nocy, toteż Adairri zaklął swój płaszcz by błyszczał jasnym światłem. I błyszczał, lecz słabiej niż zwykle. Prawie niezauważalnie. Ułatwiało to jednak całą wędrówkę.
- Mi t-też się to nie p-podoba! Starsi z wioski mówili, że w bezksiężycową noc wychodzą ludzie, ale… Nie, to nie są ludzie, to są potwory!
- Chyba ci się pomyliło! Mówisz o wilkołakach, ale oni wychodzą w pełnię! – krzyknął krasnolud.
- Nie. Ma rację i mówi o czym innym – rzekł elf, nie patrząc nawet na rozmówców, jak to ma w zwyczaju. Zapadło milczenie, które wisiało ciężko na ich sercach. Nie wiedzieć czemu, przerażenie rosło wraz z każdym kolejnym krokiem. Krasnolud zaczął podśpiewywać pod nosem jakąś pieśń o odwadze jego ludu. W pewnym momencie Adairri zatrzymał się nagle i gestem ręki uciszył mężczyznę, nasłuchując.
- Co to ma być? Czemu niby mam Cię słuchać!? – oburzył się. Ten tylko odparł sykiem i machnął ręką okazując stanowczość. Tamten zamilkł i też zaczął nasłuchiwać. Dopiero jak wytężył zmysł, to mógł usłyszeć cichutki szmer, w dodatku zdający się nadbiegać z oddali. Dźwięk zbliżał się i narastał z każdą sekundą, aż w końcu stał się tak głośny, że aż nieznośny dla uszu wędrowców, które musieli zatkać, by choć odrobinę zmniejszyć ból, którego doświadczali. Zaraz dźwięk nagle ustał.
- Chyba już wiem co jest grane. Zwróćcie oczy ku koronom drzew! – wszyscy posłusznie zaczęli przeczesywać wzrokiem drzewa. Krasnolud podszedł do jednego z drzew drapiąc się po głowie, jakby myślał nad czymś. Chyba coś dostrzegł, jednak nie chciał tego po sobie okazać. Nagle wyciągnął młot i z użyciem całych sił wymierzył miażdżący cios w drzewo, które pękło od uderzenia. Z szczytu spadł mężczyzna w zielonych szatach. Nie muszę chyba mówić, że u dwóch towarzyszy Ghardhrira namalowało się zdziwienie?
- Nie dostaniecie mnie! – zerwał się obcy odskakując w zarośla. Gdy Adairri sprawdził krzak, nic już tam nie było, ale zewsząd nadchodziły hordy wilków. Walka się zaczęła, jednak zdziwieniu nie było końca, gdy okazało się, że stworzenia zamiast padać trupem po trafieniu – znikały. Niziołek z użyciem dwóch sztyletów, wyciągniętych z za pasa, nieźle sobie radził. Kolejne cięcia powodowały, że wrogowie znikali. Krasnolud potężnymi zamachnięciami bez problemy miażdżył łby.
- To tylko iluzja, lecz może być szkodliwa! – krzyczał wysyłając kolejne magiczne pociski w stronę bestii, dziesiątkując je. Jednak napór był duży. Za duży. Jednemu z wilków udało się zaatakować go od tyłu. Wgryzł się w jego prawe ramię, a jego ciężar powalił mężczyznę. Adairri z hukiem uderzył o ziemię. Za kilka chwil reszta wilków dobiegnie do niego kończąc dzieło.
- Nie, cholera! – krzyknął krasnolud, widząc, że jego kompan jest w kiepskiej sytuacji. Nie mógł jednak się ruszyć, gdyż próba podbiegnięcia do niego i dla Ghadhrira źle by się skończyła. Niziołek skoczył w cień i zniknął nagle, pojawiając się przy leżącym na ziemi Adairri, który szarpał się ze zwierzęciem, próbując się uwolnić, jednak na próżno. Niski człowieczek osłonił go na dość długo, by ten mógł wykonać kilka gestów wolną ręką i wypowiedzieć kilka słów. Deszcz oślepiająco jasnych kolorów spadł na łeb stworzenia, które zapiszczały, zamknęło oczy i puściło. Kopniak wymierzony weń posłał je na jedno z drzew i sprawił, że znikło. Elf zdał sobie sprawę z tego, że taka walka jest bezsensowna. Nie wiedzą ile jeszcze iluzji może stworzyć mag.
- Wdarliście się na mój teren, to teraz zapłacicie! – usłyszeli głos, jakby z pustki
- Tutaj! – przywołał kompanów biegnąc w, zdawałoby się, losowym kierunku. Wzbił się w powietrze i uderzył butem w jedno z drzew. Okazało się, że trafił w twarz człowieka, co zdziwiło jego przyjaciół. Ten szybko wstał i zaczął wykonywać jakieś gesty. Adairri spostrzegł się i również rozpoczął rzucanie zaklęcia. Z tym, że ten skończył ułamek sekundy wcześniej, a jego oponent zniknął.
- Co się stało? – zapytał Ghardhrir. Elf z ponurą minął przeniósł na niego wzrok.
- Chciał przeteleportować się gdzieś indziej i znów stamtąd kontrolować iluzje – mężczyźni spostrzegli się, że niebo rozjaśnia się, a las znów wygląda przyjaźnie – Rzuciłem zaklęcie uniemożliwiające mu to, ale… Krótko mówiąc, zakłóciłem działanie jego magii i bogowie wiedzą gdzie się teraz znalazł… Najprawdopodobniej w jakiejś czarnej otchłani… – wszyscy zamilkli słysząc smutne słowa. Może i chciał ich zabić, ale na taki los nikt nie zasługuje. Milczenie przerwała olbrzymia kropla krwi, ściekając z porwanych szat Adairriego i spadając na gołą ziemię, niewielki kawałek, gdzie zieleni nie było.

Marzec 18, 2007 Posted by | Athairri, Fantasy | 2 komentarzy

Athairri V

Drugi – dzieckiem ziemi będzie.
Twardy niczym skała,
I wytrwały jak ona.
A o jego nadejściu – pierwszy wiedzieć będzie.
Trzeci – z cienia się wyłoni.
Jego duch i jego ciało
A jego zwiastunem będzie ten, co go zrodził.
Zaprzeczą wszelkiej logice.
Czwarty – będzie nasieniem zła
Ze złych przodków narodzony
Z resztkami honoru.
A on w siedlisku zła cierpieć będzie z rąk własnych.
Piąty – będzie najdziwniejszy.
Narodzony w zepsuciu,
A trwający w wierze.
A on odrzuconym będzie, który znalazł akceptację w wąskim gronie,
tam, gdzie morze sięga słońca.
Będzie jeszcze jeden, który dołączy
Nie z powodu przeznaczenia,
Ale własnej woli nieprzymuszonej.

* * *

Nadszedł piękny ranek. W otwartym oknie usiadł ptak. Kruk, czarny jak smoła wyposażony w nadzwyczajne, czerwone ślepia. Zaczął wrzeszczeć ze wszystkich sił budząc obu wędrowców.
- Przebrzydłe ptaszysko! – rzucił się w jego stronę krasnolud.
- Nie! – krzyknął Adairri. Jednak było już za późno, bo ptak opuścił ich.
- Mógł się nam przydać… – rzekł cicho – Wydawało mi się, że zamykaliśmy okno… I drzwi…
Gdy elf skończył mówić, jego towarzysz spojrzał ze zdziwieniem w stronę otwartych na oścież drzwi. Ten pierwszy zaczął sprawdzać coś przy pasie. Niestety miał rację.
- Bezdenna sakwa… – mruknął.
- Co takiego?
- Ukradł ją.
- Chcesz powiedzieć, że to była ta bezdenna sakiewka!? Ta, w której złoto się nie kończy!?
- Chodź! – rzekł, po czym z niesamowitą prędkością i gracją wybiegł z pomieszczenia. Zaczął rozglądać się uważnie. Wiedział o tym, że złodziej musiał uciec niedawno. Zapewne wszedł oknem, a wydostał się przez drzwi.
- Czeekaj! – zawołał za nim mężczyzna. Po chwili przyszedł w pełnej płytowej zbroi. Elf zaczął wymawiać jakieś dziwne słowa i wykonywać gesty. Natarł czymś powieki. Zszedł po schodach i wydostał się przez gęsty tłum na zewnątrz. Rozejrzał się uważnie i podszedł do cienia, rzucanego przez jedną z budowli w szczelinie między nimi. Sięgnął ręką, i o dziwo, wyciągnął coś. Krasnolud nie mógł się nadziwić. To coś musiało nieźle wierzgać, bo nie mógł tego utrzymać wyciągnął drugą ręką, w kierunku tego i coś widocznie zdjął. Nagle okazało się, że w lewym trzyma amulet, a w prawym… Niziołka ubranego na czarno w płaszczu.
- Puszczaj mnie! Puszczaj! – wrzeszczał, wyrywając się, przykuwając tym samym uwagę przechodniów. Elf pogroził mu palcem i zaśmiał się. Wyrwał mu z dłoni sakwę, która należała uprzednio do niego i odstawił na ziemię.
- Masz dług do spłacenia – uśmiechnął się.
- Jaki dług!? Nic nie mam do s-spłacania! T-ty!
- Albo dołączysz do nas… Albo będę musiał cię uciszyć – rzekł łagodnie. Niziołek jęknął tylko coś w przestrachu i zamilkł patrząc na elfa.
- Doskonale. Ja mam na imię Adairri, a ten tutaj – wskazał na kompana – to Ghardhrir. Niziołek skrzyżował ręce na piersi i odwrócił wzrok.
- Tibby…
- Miło mi cię poznać. Czeka nas długa podróż, więc lepiej chodźmy coś zjeść, po czym poszedł do karczmy. Krasnolud spojrzał na nowo poznanego nieufnie, po czym gestem głowy nakazał mu wejść do środka. Ręką pokazał mu młot, który nosił przy pasie. Gdy weszli, zobaczyli, że siedział już przy stoliku. Dołączyli szybko do niego, a po chwili zjawił się karczmarz.
- Co podać? – uśmiechnął się wielki i muskularny mężczyzna.
- Kurczaka w miodzie… I wino do tego poproszę – odparł elf, po czym spojrzał na Ghardhrira.
- Pieczonej wołowiny i najlepszego piwa! – ten zawołał radośnie, po czym wzrok Feirta padł na niewielką osóbkę siedzącą z nimi przy stoliku. Ten spojrzał na nich niepewnie po czym rzekł.
- Ś-ś-świnię p-pieczoną. I-i-i do tego w-w-wódki – rzekł niepewnie. Krasnolud roześmiał się szczerze, gdy tak mały człowieczek poprosił o ten trunek. Ten spojrzał na niego krzywo.
- Ale dużo pan polej! – tamten roześmiał się dziko. Elf rzucił garść złota na stolik. Karczmarz zebrał je i oddalił się.
- Masz! – rzucił niziołkowi jego amulet – Ale nie próbuj uciekać, znajdę cię.

Marzec 14, 2007 Posted by | Athairri, Fantasy | 3 komentarzy

Athairri IV

- Tak… Miał w sobie coś… Coś dziwnego… Niespotykanego. Łamało to wszelką niechęć do tego elfa. Przedziwna, optymistyczna aura biła od niego. Jak go nie lubić? – zaśmiał się karczmarz, gładząc się po brodzie.
- Wina? Na mój koszt! – rzekł, sięgając po butelkę. Widocznie był w bardzo dobrym humorze, możliwe, że z powodu wspomnień. Nie zwykł dawać niczego za darmo.
- Nie, dziękuję. Chcę zachować trzeźwość umysłu. Opowiadaj pan o nim, bardzo mnie pan zaintrygował – odpowiedział nieznajomy. Nie miał już tak chłodnej miny jak poprzednio. Teraz na jej miejscu widniała ciekawość. Z niecierpliwością wyczekiwał, aż kontynuuje swoją opowieść.
- Tak, dobrze. Na czym to ja skończyłem… – zastanowił się.
- Na osadzie! Widzieliście osadę! – wtrącił szybko obcy podróżnik. Widocznie chciał szybko poznać następujące wydarzenia.
- No tak! A więc…

* * *

Miejsce to, z jednej strony było otoczone lasem, a od drugiej osłonięte sporym wzniesieniem. Nic dziwnego, że tutejsi byli odcięci od świata. Gdy towarzysze zagłębili się wśród zabudowań, mnóstwa wścibskich twarzy obserwowały ich z kiepsko umyślonych ukryć.
- Nieswojo się czuję… – mruknął cicho Ghardhrir.
- Zignoruj ich. To prości wieśniacy. Rzadko widują awanturników. Musisz jednak wiedzieć, że przyjdzie nam spotkać się nie tylko z sympatycznymi ludźmi, którzy zechcą nam za wszelką cenę pomóc… Z pewnością komuś nasza obecność się nie spodoba. Ale my będziemy musieli rozwiązać problem w pokojowy sposób.
- Nie mów do mnie jak do dziecka! Przecież nie jestem głupi!
- Nie obrażaj się – zaśmiał się elf – Chyba powinniśmy się tu zatrzymać…
- Wyjątkowo się z tobą zgodzę.
Po dłuższym zwiedzaniu okolicy, udało im się znaleźć karczmę

* * *

- O, właśnie tak! Stanęliśmy dokładnie tutaj, o! – wskazał palcem na wejście – Swoją drogą…
Teraz to miejsce bardzo przypomina moment, w którym tu trafiliśmy. Nawet bard gra teraz
bardzo podobnie! Słyszy pan? Dziwny zbieg okoliczności…

* * *

Goście wypełniali to miejsce po brzegi. Czuć było przeróżne zapachy, jednak miały one wszystkie cechę wspólną. Były niezwykle przyjemne dla nosa. Za ladą stał jakiś barczysty mężczyzna. Sypnął garścią piachu, po czym przetarł to szmatką.
- W czym mogę pomóc? – uśmiechnął się do obu tak sympatycznie, jakim niemożliwe było się spodziewać po jego posturze.
- Zjesz coś? – rzucił Adairri do towarzysza podróży.
- Straciłem apetyt – odparł krótko.
- Ja również. Pokoju, szlachetny panie – zwrócił się do karczmarza, po czym rzucił mu kilka sztuk złota. Oczy krasnoluda otworzyły się szeroko z niedowierzaniem.
- Skoro masz tyle pieniędzy, to dlaczego nie wynająłeś koni!?
- A widzisz tu jakiś przybytek, gdzie byśmy mogli tego dokonać? Żaden nie przebyłby drogi do waszej krasnoludzkiej fortecy. Weźmiemy wierzchy w Grimwood. Są o wiele wytrwalsze niż jakiekolwiek inne. A to dla nas cenne.
- Fakt… – odparł gorzko – A swoją drogą dlaczego akurat “Grimwood”? Przecież to miejsce należy do nich, nie do ludzi, więc czemu nie nosi ich nazwy?
- A czy chciałbyś mówić na stolicę elfów, zwaną przez was “Larlens”, per “Un’gathakai uno’ss Leinnass Arathkun?” – ostatnią nazwę wypowiedział tak szybko i zręcznie, że krasnolud oniemiał.
- Ej! Klucz! Trzeci pokój po prawej, na górze, tymi schodami. Pełny luksus. Macie osobne łóżka – zaśmiał się mężczyzna, po czym, odpowiadając na czyjeś zawołanie, zaczął nieść pieczonego wieprza do jednego ze stolików. Dwójka udała się do swego pokoju.
- Trzymaj młot przy łóżku – rzucił, układając się do medytacji.
- A to niby czemu? Mielibyśmy się kogoś bać, czy co? Ktoś na nas czyha?
- Nie… Tylko tak… Na wszelki wypadek…
- A wsadź se wszelki wypadek – burknął krasnolud, zwijając się w kulkę. Zapadła cisza. Światło księżyca oświetlało leniwie pokój. Po dłuższej chwili dało się słyszeć wycie wilka. Długie i donośne. Była pełnia. Nagle do uszu elfa doszedł dziwny dźwięk. Nie mógł się powstrzymać. Prychnął najpierw, na siłę powstrzymując się, jednak nie dawał rady zdzierżyć tego wysiłku. Zaczął śmiać się bardzo głośno.
- Zamknij się! Każdy czasem puszcza gazy – po pewnym czasie, tak drażliwy dla Ghardhrira śmiech, ustał, i pozwolił ciszy przejąć władzę. Obaj zasnęli.

Marzec 12, 2007 Posted by | Athairri, Fantasy | 5 komentarzy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.