Historia Postapo
Zamieszczam tu tą historię jedynie z powodów mi znanych
. Przyznać muszę szczerze, że nie wyciągałem jej sporo czasu, więc jest pewno zakurzona, nie jestem pewien, czy sprawdzałem (choć chyba tak…), ale tak czy inaczej miałbym sporo zarzutów do siebie itd…. Ale nie chcę znowu tego czytać, mimo, że miło mi się kojarzył ten “tworek”, a umieszczam jedynie, by udostępnić komuś w prosty sposób. Mimo to zapraszam do lektury, a nuż nie zaśniesz przy monitorze
.
Wrocław był moim domem. Chociaż… Nie. Nigdy nie był moim domem. Mym domem jest mój umysł. Czaszka, w której znajduje się moja świadomość – TO mój dom. Jednak nie mogę zaprzeczyć faktowi, iż urodziłem się w tym mieście… Miałem ojca alkoholika, a moja matka… Biedna kobieta skazana na trwanie przy tym sukinsynu… – po chwili kontynuował, jednak jak wcześniej, wciąż nie dało wyczuć się emocji w jego głosie – Hmm… Ach, tak. Miałem również brata. To był wspaniały człowiek. Pamiętam, kiedy ojciec bił mnie bez opamiętania, chłopak zawsze stawał w mojej obronie. Jednak nic mu nie mógł zrobić. Kończyliśmy za każdym razem mocno poturbowani, jednak jest korzyść, jaką mieliśmy ze stawiania mu oporu. Po pierwsze – lepsze samopoczucie. Lepiej leżeć i dać sie skopać, czy bronić się? Po drugie, i co cenniejsze – między nami, jak między żadnym innym rodzeństwem, rozwinęła się niezwykle silna więź. Czekaj chwilę… – mężczyzna sięgnął do kieszeni w kurtce, z której wyciągnął cygaro. Inna ręką, niemal niezauważalnie, wydobył z kolejnej benzynową, błyszczącą zapalniczkę. Odgryzł kawałek z jednej strony po czym przyłożył sobie je do ust. Podpalił je i zaciągnął się potężnie. Zaraz zaczął powoli wypuszczać siwy dym – Znów zgubiłem wątek… Więc… Brat opowiadał mi, jak mało nie straciłem życia, przez ojca w stanie nietrzeźwości. Gdyby matka nie skończyła pracy wcześniej… – przerwał na chwilę, by wziąć kolejną porcję dymu do płuc – Byłbym martwy. W sumie, to nawet i lepiej by było… Dla mnie. Ale nie dla niego, jestem pewien, że żałowałby, że nie mógł wtedy nic zrobić…
W wieku 10 lat dowiedziałem się o cyrku w naszym mieście. Wiedziony ciekawością poszedłem tam. Ukradkiem dostałem się do środka. Obejrzałem całe przedstawienie. Z otwartymi ustami. I ślepiami… Wpatrzonymi w wszelkie prezentowane mi dziwy. Po spektaklu zacząłem szukać jakiegoś ważniaka, który wszystkim tym kierował. Jakiś wyjątkowo nierozgarnięty człowiek wskazał mi drogę. Zapukałem do drzwi wozu. Otworzył mi podstarzały mężczyzna w marynarce i cylindrze, ze sporym brzuchem.”Chciałbym… Psze pana… Pobaw… Popracować tutaj. Mogę?” – plątałem się w swojej wypowiedzi, po której zakończeniu wlepiłem szczenięce oczka w twarz mężczyzny. Ten spojrzał tylko na mnie, a na jego twarzy wyrósł olbrzymi, tajemniczy uśmiech. Wskazał palcem na tabliczkę wystawioną na widoku. Widniał na niej napis. ‘Poszukiwany utalentowany młodzieniec z zapałem’. Gestem zaprosił mnie do środka. Z początku trochę się przeraziłem, jednak nie było czego się bać. Wytłumaczył mi, że będę pracował jako akrobata. “Gawiedź uwielbia utalentowanych młodych ludzi. Takie niespotykane rzeczy zachęcają ich do marzeń, a przez to dają im sens życia i pozwalają z nadzieją patrzeć w przyszłość.” Nie powiedział mi co to znaczy ‘gawiedź’, ale domyśliłem się, że chodziło o publiczność podziwiającą sztuczki wykonywane przez cyrkowców i ich zwierzęta.
Byłem z siebie dumny, to była moja pierwsza praca – rzekł mężczyzna z zadumą. Kolejny obłok dymu, po manifestacji swojej obecności w jego ciele, opuścił go powoli rozpływając się w powietrzu w majestatycznym układzie – Wymykałem się z domu po cichu. Co dzień. Po kilku miesiącach opowiedziałem wszystko swojemu bratu… O swojej pracy. O tym, jakie wspaniałe rzeczy można zobaczyć w cyrku. Obiecałem mu, że któregoś dnia go zabiorę. Kiedy uwolnimy się od ojca. Niemal za każdym razem, gdy wracałem, sprowadzałem na siebie gniew ojca. Zastanawiałem się, czy nie powinienem był wracać z rana, żeby dać szansę ojcu wytrzeźwieć. Byłby trochę spokojniejszy i może nie lałby mnie tak mocno. I przez to Rafał nie musiałby ingerować. Nie chciałem, by obrywał za mnie. Strasznie było mi z tym głupio, ale nigdy mu tego nie powiedziałem. Myślałem, że żyć będziemy razem już zawsze i nic nas nie rozdzieli. Czy to kula w oku, czy bomba atomowa, czy po prostu laska.
Tego roku wybuchnąć miała wojna. Miałem czternaście lat, a mój brat piętnaście. Bił się już z kimś parę razy. Całkiem nieźle wtedy wyrósł. Pewnego dnia ojciec upił się tak, że gdy próbował uderzyć, rozbijał sobie pięść o ścianę i czasem kolano o jakiś równie ciekawy element wyposażenia naszego… TEGO mieszkania. Rafał zauważył, że jego siła wystarczy nam, by sie obronić. Wspólnie ogłuszyliśmy go. Natychmiast po tym wybiegliśmy z domu zostawiając nieprzytomnego ojca w mieszkaniu. Biegnąc myślałem, co będzie, jak on się obudzi, a matka wróci? Zawsze przepędzałem tę myśl. Do dziś czasem zastanawiam się co się tam wydarzyło… A może po prostu ktoś przyjechał i zabrał go z tamtąd? Mój towarzysz niedoli zatrzymał się przy jednym z samochodów. Uwielbiał samochody. Nie tylko ja wychodziłem z domu w konkretnym celu… Wybiliśmy szybę. On zdewastował stacyjkę, by dostać się do kabli. Mówił, że widział to na jakimś filmie. Coś mu nie bardzo szło, więc trąciłem go, by dał mi spojrzeć. Jakimś cudem dwa właściwe kabelki zetknęły się. Rozrusznik westchnął jednokrotnie. Natychmiast ujął on owe przewody i począł stykać je ze sobą. W końcu coś zaskoczyło i silnik ruszył. Pozamykaliśmy drzwi i ruszyliśmy… Dokąd? Do Łodzi… Właśnie tam.
Okazało się, że samochód jest w kiepskim stanie. Gdy zepsuł się pierwszy raz wyszedłem i zajrzałem pod maskę. Niewiele mi to mówiło, ale widok wydał mi się przyjazny i jakiś znajomy. Po dokładnych oględzinach zorientowałem się mniej więcej co robi co. Zajrzałem do bagażnika. Tam znalazłem narzędzia. Zacząłem intuicyjnie dobierać odpowiednie i grzebać nimi przy częściach. Po kilku próbach udało mi się pozbyć irytującego stukotu podczas jazdy i silnik przestał gasnąć tak często. Nie wiem jak to zrobiłem. Miałem farta… Później musiałem poprawić jeszcze kilka razy, ale byłem na właściwej drodze do uczynienia z tego samochodu znośnej w użyciu maszyny. Niestety, kilka kilometrów przed dotarciem do celu skończyło się paliwo. No tak, nie ma szczęścia absolutnego. W żadnym znaczeniu tego słowa. Znaleźliśmy się na miejscu. Było wcześnie. Brat chciał rozejrzeć się za nową bryką. Ja wolałem porobić co innego, więc po prostu umówiliśmy się na dwudziestą pierwszą tam, gdzie staliśmy. On poszedł w swoją stronę, ja w swoją.
Po krótkim spacerze zobaczyłem bar. Bez namysłu wszedłem do środka. Poczułem smród rzygowin, jednak nie zniechęcił mnie on, już w wieku kilku lat czułem gorsze zapachy. Zobaczyłem jakiegoś gościa, kilka lat starszego ode mnie. Stał rozjuszony przy trzech facetach, którzy śmiali się paskudnie. Zacząłem mu współczuć. Ktoś obok mnie skomentował całą sytuację popijając spokojnie piwo. “Ten koleś prosi się o swoje. Zaraz będzie miał przejebane. Widzisz tego tam?”; wskazał na jednego z mężczyzn; “To baron paliwowy, sukinsyn wyzyskuje nas wszystkich”. Gorzkie słowa popił kolejnym łykiem alkoholu. Podszedłem bliżej. Chciałem lepiej widzieć sytuację. Chłopak dziwnie się zachowywał. Chyba był naćpany. W pewnym momencie mężczyźni wybuchli śmiechem tak okrutnym, że gotował krew w obojętnym obserwatorze. Zobaczyłem metaliczny błysk przy jego ubraniu, tam, gdzie sięgnął dłonią. Coś się we mnie obudziło, to chyba był mój brat. Chciałem odpłacić się, za to, co on dla mnie robi, pomagając komuś innemu. Wbiegłem z całym impetem w nic nie spodziewającego się, niedoszłego zabójcę. Przewróciłem go, po czym sam wywaliłem się na niego, przytłaczając zbyt naćpanego człowieka, by mógł mnie z siebie zrzucić. Mężczyźni śmiejąc się wyszli z baru. Widziałem, jak patrzył oczyma pełnymi nienawiści, na drzwi, które się za nimi zamknęły. Sturlałem się z niego, po czym wstałem. On również powstał, nie spoglądając na mnie dłuższą chwilę. Przeniósł wzrok na mnie. Postawiłem krok w tył, z sercem pełnym trwogi. Zmierzył mnie wzrokiem uważnie, jakby miał urządzenie sprawdzające charakter człowieka, jego przeszłość, zainteresowania i ile lasek zaliczył. Uśmiechnął się do mnie. Nie sprawiał wrażenia już tak bardzo naćpanego.”Dzięki”, powiedział… Dzięki… – mruknął do siebie mężczyzna wzdychając dymem – Kazał mi siąść obok. “Zaczekaj chwilę, muszę odsapnąć.” Po chwili sprawiał wrażenie, jakby nigdy nic nie brał. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziałem mu o sobie. Każdy szczegół. On opowiedział mi własnej osobie.
Nadszedł wieczór, i nastąpiła już prawie godzina dwudziesta pierwsza. Szliśmy razem ulicą, samym środkiem, odważnie, jakby nikt nie mógł nam zaszkodzić. W pewnym momencie przypomniałem sobie, że powinienem iść już na umówione miejsce. Spojrzał w prawo, stronę przeciwną do tej, po której był mój nowy przyjaciel. “Brat na mnie czeka. Muszę iść się z nim spotkać… Czy… Czy chciałbyś pójść ze mną?” Gdy odwróciłem się, nikogo już nie ujrzałem. Złowrogi wiatr zaszumiał koronami drzew i poniósł ze sobą garść liści. Zrobiło się nieprzyjemnie. Nieprzyjemnie samotnie. Jakbym sam stanął naprzeciw całemu światu. Rozejrzałem się raz jeszcze i pospiesznie ruszyłem na spotkanie z bratem.
Opowiedziałem mu o wszystkim. O WSZYSTKIM. Właśnie tak. Myślałem, że ten mężczyzna, lub też chłopak, zostanie moim przyjacielem do końca życia. Opowiedziałem wszystko bratu. Po nocy spędzonej w jakiejś ruderze udałem się do baru, gdzie go spotkałem. Nie znalazłem go. Jednakże zagadałem w barmanem. “Szkoda go, sporo na nim zarabiałem.” Rzekł czyszcząc kufel. “Pojechał chyba do warszawy…” Rzekł, rozmarzonym wzrokiem spoglądając sufit, co nie przeszkadzało mu dokładnie wycierać kufel. Powiedziałem bratu, że chcę go odszukać. On uznał to za głupotę. Poczuł zew wojny i zdecydował się zaciągnąć do wojska. Ja nie chciałem. Dlaczego? To nie dla mnie! Zostałem partyzantem.
Jeździłem ciężarówkami rozwożąc sprzęt. Przeczyszczałem i składałem bronie. Grzebałem również przy samochodach. Udało mi się zdobyć nawet zestaw do wytłaczania naboi… Chemik, mechanik, rusznikarz… Sporo zajęć miałem. Dostało mi się nawet magnum! Desert Eagle .357! – rzekł z radością dziecka, po czym wyjął z własnoręcznie zrobionej kabury piękny pistolet – No nie, że sprawia wrażenie? A jaką ma moc… Szkoda tylko, że mało celne… Ale i tak jest wspaniały – mówił z dziecinnym wzrokiem wpatrując się w lśniącą broń – Po wielu latach partyzantki udało mi się dostać do Warszawy… Z zestawem umiejętności i odrobiną ekwipunku.
Historia dla graczy: Mateusz zjawił się w mieście sam. Przyjechał w ciężarówce. Natychmiast, jak zeskoczył i pomachał kierowcy, pojazd odjechał, nie przejmując się jego dalszym wzrokiem. Jego znajomi spojrzeli na niego pożegnalnym wzrokiem z niewielką ilością żalu. Uśmiechnął się do nich w odpowiedzi… Cóż mógłbyś wiedzieć więcej? Nic. Bo dopiero się zjawił w mieście.
List od przyjaciela
Nie mam dłużej ochoty istnieć. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Wy wszyscy, którzy niegdyś byliście mymi przyjaciółmi. Nie znam Was. Jesteście mi tak samo obcy, jak twarze, które na co dzień widuję na ulicy. Dlaczego więc piszę do Was? Nie, nie piszę do Was. Piszę do tych, których znałem… Do osób, które niegdyś były takie, a nie inne. Do waszych przeszłych jaźni. Wszyscyście teraz dla mnie, jak owce na pastwisku, jak niczego nie świadome mrówki w swych mrowiskach, jak niewinni, którzy zginęli w kolejnym zamachu terrorystycznym, a których to nie znałem. Zginęliście dla mnie i postawiliście mnie przez zadaniem niemal niewykonalnym. Mam poznawać Was na nowo. Poznawać Was jako zupełnie kto inny, Was, osoby zupełnie inne, niż niegdyś. Sądzicie, że się mylę? Spójrzcie na siebie. Zmieniliście się, tak jak i świat zmienia się wokół Was, poddaliście się wpływowi z zewnątrz. A może… Może i ja to uczyniłem? To nie jest w tej chwili ważne. Wszystko, co chciałem powiedzieć, to to, że nie znam Was i znać nie chcę. Jesteście inni i to mnie przerasta. Jesteście inni i to mnie przeraża. Zmieniliście się. Czy ja się zmieniłem? Ja tego nie dostrzegam, choć Wy w istocie możecie. Wszystko zależy od tego, jak się spojrzy na dany temat, bo przecież prawdą jest to, co za prawdę uznamy i to, w co wierzyć będziemy. Znudziło mnie to wszystko, co przynosiło mi niegdyś radość. To, co było dla mnie ulgą od codzienności, stało się rutyną i przykrym obowiązkiem. Świat wokół mnie przestał zaskakiwać, stał się do bólu przewidywalny. Obróciliście się przeciwko sobie i to sprawiło mi największy ból. Patrzeć, jak zwalczacie się nawzajem. Udaję, że tego nie widzę. Nie reaguję – celowo. Ale wciąż o tym myślę, wciąż to widzę i wciąż nie mogę tego zaakceptować. Chyba jest to jednak coś nieuniknionego. Rozłam wśród ludzi, którymi Wy też jesteście. Nie zastanawiacie się jednak co czynicie osobie obserwującej Was z boku, osobie, która uważała Was za przyjaciela. Zbyt pochłonięci jesteście gnębieniem się nawzajem, by zdjąć klapki z oczu i spojrzeć w bok, tam, gdzie cierpi Wasz przyjaciel. Wasz przyjaciel, który zdaje sobie nagle sprawę z faktu, że nie ma zgody między Wami, jak niegdyś sądził. Pozostało mi jedynie patrzeć z bólem w sercu i mówić do Was, o ile zechcecie mnie usłuchać. Jednak… Jednak to już mnie przestało interesować. Róbcie co Wam się żywnie podoba, rańcie się, zdradzajcie, zabijajcie. Nie chcę Was już znać.
Dlaczego to piszę? Nie wiem, nie pytajcie mnie. Czuję, że muszę Wam to wszystko powiedzieć, ja po prostu to wiem. Skąd? TEGO już nie wiem, nie pytajcie więc.
Ja nie chcę Was dłużej znać, pragnę odejść stąd. Najpierw powiem Wam, że nie będzie mnie tu już i dam ulżyć swemu sumieniu. Potem powiem to osobom z mojego bezpośredniego otoczenia – znajomym z miejsca mej codziennej udręki. Następnie powiem to osobom mi najbliższym jednak wyłączając z tego grona rodzinę, albowiem oni… Do nich napiszę list. Przeproszę ich za wszystko i pobłogosławię. I wtedy odejdę i już nie powrócę… Odejdę na zawsze wiedząc, że wszystko co musiałem zrobić – zrobiłem i z czystym sumieniem przejdę przez bramy piekła.
-
Archiwa
- styczeń 2009 (1)
- luty 2008 (1)
- grudzień 2007 (1)
- listopad 2007 (1)
- październik 2007 (7)
- marzec 2007 (7)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS